niedziela, 7 września 2014

07.07 Wędrowiec, amant




-Muszę cię zmartwić, ona nie jest przeznaczona do konsumpcji. Myślę, że to twoje niezwykłe oko ją tak zachwyciło, że fiknęła koziołka.-Palnął Numi wielce zadowolony ze swojego poczucia humoru.
-No, niebrzydka jest. Mogę się z nią umówić na spacer po moczarach. Nawet teraz byle się tak nie darła
Pleco-oki rozochocił się zbyt mocno jak na gust Wędrowca.
-Może innym razem mamy tu robotę do wykonania- Szybko ostudził zapały amanta, tak na wszelki wypadek, żeby potem z tego jakiś komplikacji nie było. Lepiej od razu delikatnie, ale jasno przedstawić sprawę.
       Nie wiedział, o co chodzi z obecnością pleco-okiego na wzgórzu. Nie został uwięziony tu przypadkiem, miał do spełnienia określoną rolę, był tu żeby stało się coś strasznego. Miał im zaszkodzić, ale w jaki sposób nie miał zielonego pojęcia.
-Jaką robotę? A to o nas mówią, że tańce nieprzyzwoite przy ogniskach w lasach odprawiamy, taka sprawiedliwość na tym świecie. - Zaciągnął śpiewnie jakby zaraz miał się rozpłakać.
-Nie będziemy brykać na golasa, ani nic w tym stylu, zapomnij. A co ty tu właściwie robisz? Bo w takie przypadki, że słysząc o naszym istnieniu postanowiłaś w tych pięknych okolicznościach przyrody na nas poczekać, nie wierzę.- Pogładził pelerynę, jakby mogła zaświadczyć o jego rozległej wiedzy i intuicji.
-Lubię sobie wieczorem posiedzieć i pogapić się na tych tam na dole. Wyobrażać sobie jak to jest, gdy się ma własny dom, rodzinę. Nie tylko wiecznie zrzędzącą matkę. I nagle, zupełnie znienacka zaskoczył mnie taki dziwny grzmot i nie mogłem iść dalej.
      Stwór swoje ogromne oko wybałuszał teraz na Lilidie, na której najwyraźniej nie robiło to najmniejszego wrażenia. Kołysała się rytmicznie, mamrocząc pod nosem sobie tylko znaną piosenkę, co jakiś czas nie przestając się kołysać, mieszała trzymaną w lewej ręce drewnianą łyżką w gotujących się w kotle ziołach.
        Opiekun korzystając z możliwości swobodnego ruchu, nie musiał na razie ani pomagać, ani pilnować Lilidi, ułożył wygodniej na trawie słabowitą uzdrowicielkę. Dziewczyna powoli dochodziła do siebie.
-Zaklęcie  którego tu użyto jest dwustopniowe- Zaczął Numi powoli.
       Opiekun brzydko przeklął pod nosem.
-Twierdzisz, że on był wyzwalaczem drugiego stopnia, ale coś nie zadziałało, pomylił kroki, słowa? Następny ich błąd?
        To wszystko nie trzymało się kupy. Profesjonaliści, istoty o wiedzy tak wielkiej, że on nawet nie śmiał o niej marzyć robiły takie dziecinne błędy?
-Oni- wskazał brodą pleco-okiego- mają nietypowe pole energetyczne, gdyby się wściekł, albo nawet porządnie zdenerwował  to aktywowałby drugi poziom. Wtedy byłoby po nas. Akcja rozgrałaby się tak szybko, że nawet ja byłbym bezbronny. Mieliśmy tu zginąć. I to jakiś cud, że się tak nie stało.
-Słuchaj no chłopie, często się wściekasz?- Spytał jednookiego amanta.
       Tamten nawet na niego nie spojrzał, dalej wgapiał się jak zaczarowany w dziewczynę uwijającą się przy kotle.
-Jak mnie ktoś zamyka to na pewno. Właśnie chciałem się na was wyżyć i ryknąć jak ja to tylko potrafię, tylko tamta tak zaczęła ryja drzeć, że mi się wszystkiego odechciało. Rozdarte baby odbierają mi chęć do działania- dodał smutno-, dlatego się nie ożeniłem, bo na pewno zostałbym pantoflarzem. Tak mówi mama.
-Cóż nikt nie jest doskonały- ze zrozumieniem stwierdził Numi. Wyglądało, że żona miała dużo do powiedzenia w związku z Najjaśniejszym, on znacznie mniej o ile w ogóle.
       Zapachniało rumiankiem, koprem i podbiałem, Lilidia podała swój gwiezdny kamień Świetlistemu, charcząc przy tym jak stara gruźliczka.
 Z płaszczem Opiekuna zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Litery boleśnie wbijały mu się w pachy, kręgosłup i kark.
      Ręka Numiego w ułamku sekundy stała się płomieniem. Wędrowiec odwrócił się nie mógł na to patrzeć, wydawało mu się, że blask wypali mu oczy.
-Czemu opowiedziałeś po naszej stronie? -Chciał go zaskoczyć w nadziei, że w takiej chwili odsłoni się, choć trochę.
-To skomplikowane. Są tacy, którzy twierdzą, że my też jesteśmy ludem wypchanym z bańki czasowej. Popatrz teraz na to tak, przez bańkę przechodzi najsłabsze ogniwo, a jeśli stanie się tak, że reakcja ich przejścia wciśnie nas na stare miejsce? Ten świat przestanie istnieć, a my stracimy niemalże wszystko. Niezbyt miła perspektywa. Są tacy, którzy zrobią wszystko by ocalić swą pozycję. Tutaj przyznasz to sam, mamy potęgę, władzę i możliwości. Powrót oznaczałby degradację  i poniżenie oczywiście o ile ta teoria jest prawdziwa. Nikt nie pamięta, co było przedtem, ale jeśli my potrafimy tak wiele i żyjemy nieskończenie długo to, aż się boje pomyśleć, co mogą ci wyżej postawieni.
-Jesteś pewny, że są tacy?
       Grzało od tej jego ręki nie miłosiernie, zaczynał się czuć jak kiełbaska na ruszcie. Nie miał pojęcia jak Lilidia znosi ten ukrop.
-Jestem. Inni pewnie też tylko nie chcą się do tego przyznać. Sprawa jest prosta. To nie my wymyśliliśmy obowiązujący porządek rzeczy, my się tylko przystosowaliśmy do czyiś pomysłów.                            -Być może jest tam ktoś potężniejszy, ale czy warto ryzykować by przekonać się, czym jest ta inteligencja?- Nie przekonały go te słowa, to brzmiało jak opowieści przy dużej ilości śliwowicy. Nieprawdopodobne fantazje.
    Buchnęło białym płomieniem, jeden z warkoczyków Lilidi zasyczał niebezpiecznie, nie zwróciła na to uwagi.
-Z ciekawości nie warto. Jednak wszystko jest ruchome, kosmos jest w ciągłym ruchu, zmiany to naturalna kolej rzeczy. Od pewnych wydarzeń nie da się uciec bywa, że nawet nie warto. Zbyt długo żyję by się łudzić, że będę w nieskończoności egzystował w takich luksusach jak dajmy na to pączek w maśle. Zresztą wiem to na pewno, że jeśli ludzie tu zostaną, to zginą. Nie wszyscy zasługują na taki los tylko dlatego, że my się boimy.
-Czyli nie wiadomo tak naprawdę, co się stanie?
    To by mu się zgadzało, Herytka, gdy ją spotkał miała w sobie obawę i niepewność, której nie potrafiła ukryć. Była zła, ale też zagubiona. Gryzła jak wściekły zwierz na oślep, licząc, że przez przypadek dopadnie właściwą osobę. Ona też nie wiedziała, co dalej. Miło było sobie uświadomić, że nie tylko on był jak zagubione dziecko we mgle.
-Jest- Krzyknęła Lilidia.
       Coś wpadło do kociołka pełnego wody i ziół, sycząc niemiłosiernie. Blask zelżał. Teraz już bez obawy o własne oczy mógł się obrócić i spojrzeć na nich. Numi jak to on stał i głupio szczerzył kły. Dziewczyna zaś przez parę gęstą jak  płachta grubo tkanego lnu próbowała zajrzeć do kociołka, by sprawdzić czy wszystko poszło zgodnie z planem.
-Jesteście pewni, że dobrze robimy?
       W sumie to było pytanie retoryczne, tu nikt nie był niczego pewny. Pewnie pogadaliby o tym gdyby nie głos nieznajomego o twarzy jak gruda ciasta.
-Ej ruda, wiem że czasami wrzeszczysz jak opętana, ale może przeszlibyśmy na bagienka? Ładny wieczór dziś i gwiazd tyle.
     Nawet stąd widział jak oczy Perezy z przerażenia robią się wielkie jak talerzyki deserowe, Zaczynała wyglądać jak nietoperz albo ta śmieszna małpka, którą trzymał w złotej klatce któryś z władyków w pustynnych krajach.
-phb
-Znaczy obca jesteś? - Nie załapał, że to czkawka-, Bo nie bardzo rozumiem, co mówisz, ale wiesz mama by się ucieszyła, że znalazłem dziewczynę. Pewnie by narzekała, że nie za piękna jesteś i chyba nie za bardzo rozgarnięta, ale w końcu by się przyzwyczaiła. Wnuków chce, a ty mi się nawet trochę podobasz.
       Ten facet z okiem na plecach był zupełnie szalony, wogóle nie miał kontaktu z rzeczywistością.
Zresztą to nic dziwnego i nie ma się, co udawać, że mogło być inaczej. Niezbyt często spotykał ludzi i z nimi rozmawiał, a na pewno pierwszy raz był tak blisko kobiet. Odruchy, emocje i słowa interpretował po swojemu, nie zauważając różnic międzygatunkowych.
-Kolego ona jest pod wielkim wrażeniem, jeśli chodzi o twoją osobę. Niestety jest u mnie w terminie i obowiązuje ją celibat. -Oznajmiła głosem zimnym jak lód Lilidia, groźnie odgarniając warkoczyki z twarzy.
        Zawsze można liczyć na to, że ta dziewczyna potrafi zachować zimną krew i rozsądek, pomyślał z ulgą Wędrowiec.
-A długo tak musi?- Drążył temat nieszczęsny wielbiciel.
-Raczej długo. Nauka nie idzie jej zbyt dobrze. Ja ci dobrze radzę, szukaj żony gdzie indziej.
         Miała talent, urodzona z niej dyplomatka. Miał wrażenie, że zaraz obejmie jednookiego ramieniem by pocieszyć, pogłaskać niczym tkliwa współczująca matka.  A potem pchnie delikatnie w innym, właściwym dla niego kierunku.
-No jak wam poszedł cały ten spektakl? Udało się?- Nie wytrzymał Opiekun.
          Romanse i nieszczęśliwe ma dodatek międzygatunkowe miłości trzeba było odłożyć na bok i wrócić do meritum sprawy.
-Już myślałem, że zrezygnowałeś z bohaterskiej postawy i uciekniesz w siną dal, nie spytawszy wcześniej o owoce naszej ciężkiej pracy.

        Nie cierpiał tego głupiego suszenia zębów Świetlistego, zaczynał mu się ten jego zgryz, śnić po nocach niczym koszmar.

środa, 3 września 2014

03.09 Wędrowiec, psy drogą do raju.




W pierwszej wersji planu mieli iść w trójkę Lilidia, Numi no i on. Jednak dziewczyna zupełnie nieoczekiwanie uparła się żeby zabrać też Perezę. Nie chciała słuchać żadnych argumentów, miało być tak jak powiedziała i już.
       Najpierw wyprowadzony z równowagi Wędrowiec protestował, bał się, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa jeszcze jednej osobie. Ku jemu zdziwieniu Numi kazał odpuścić, więc niechętnie odpuścił. Może przez te pełzające litery na nowym płaszczu stał się zbyt miękki, a może to, że marzenie było na wyciągnięcie ręki sprawiło, że nie był już taki ostrożny. O krok od zwycięstwa najłatwiej popełnić błąd.
       Gdzieś przy bramie dołączyły do nich psy. Nie łasiły się, nie prosiły po prostu postanowiły towarzyszyć swemu panu.  Nie przegonił ich, wierzył w instynkt i jeśli one czuły, że muszą iść, to tak się stanie.
       Ruszyli w milczeniu, jakoś nikt nie miał ochoty na rozmowy ani na te poważne ani na żarty.  Gęsiego, jak posępne duchy skierowali się w stronę wzgórza.
     Prowadząc całe to towarzystwo czuł się niczym dorodna kwoka prowadząca swe dzieci do bezpiecznego kurnika. Może i był z natury poważny a do tego zapatrzonym w siebie egocentrykiem, ale teraz nie bacząc na swą reputacje maszerował rozglądając się bacznie na boki. Sam nie rozumiał, dlaczego tak właśnie się zachowywał, przecież nie musiał patrzeć by widzieć.  Swymi wyostrzonymi zmysłami niemal namacalnie wyczuwał niebezpieczeństwo, było ich wielu, i byli wściekle zdeterminowani. Miał świadomość, że jeśli popełni choćby minimalny błąd, rzucą się na nich i rozedrą na strzępy. To było ryzyko, które świadomie podjął i jak głupiec wierzył, że poradzi sobie bez interwencji Świetlistego.
      Zupełnie niespodziewanie, boleśnie uderzył czołem o coś twardego. Zdziwił się mocno, bo nie widział ani nie poczuł niczego magicznego. Wyciągnął ręce przed siebie i zaczął macać jak niewidomy.
Cały szczyt wzgórza otoczony był niezwykle silną barierą. Wielka ściana mocy odgradzała ich od celu wędrówki. To był poważny problem, na który  nie był przygotowany.  Stał zmartwiony z uniesionymi rękami dotykając czegoś, czego nie widział, niby, jako Opiekun potrafił sobie poradzić z czymś takim, ale potrzebował na to sporo czasu. A właśnie, czego jak czego, ale czasu zbyt dużo nie mieli.
-Numi możesz coś z tym zrobić?- Spytał zawzięcie macając śliską jak marmur ścianę w poszukiwaniu szczeliny czy choćby jakiejś wypukłości, bezskutecznie
-Nie. To byłoby jak wypowiedzenie wojny, musisz sam sobie poradzić- Bezradnie wzruszył ramionami.
       Towarzyszące im dziewczyny bez słowa zaczęły pomagać, zawzięcie macały szukając luki lub szpary w ścianie. Nie miał sumienia mówić im, że i tak nic nie znajdą, zresztą wyszedł z założenia, że lepiej niech coś robią zanim całkiem spadnie morale grupy.
-Ale dół.- Westchnęła Pereza
      Zaczynał się zastanawiać czy nie wysadzić tego świństwa w powietrze, to nie  byłoby trudne. Pewnie by tak zrobił gdyby nie obawa, że podmuch wybuchu zmieni położenie kamieni w starym, świętym kręgu. Nie ma kręgu, nie ma kucia noża, tak źle i tak nie dobrze.
I właśnie wtedy, gdy już miał zamiar się poddać, odpuścić a raczej odłożyć na później to całe wykuwanie sztyletu, zauważył coś dziwnego.
- Lilidia czy ja dobrze widzę? Moje włochate pojemniki na jedzenie TAM biegają?
-Faktycznie, jak to zrobiły? Przecież przed nami jest lita ściana! -Na potwierdzenie swych słów uderzyła dłonią tuż przed twarzą, mocno aż zadudniło.
-Noga- Zaryczał Wędrowiec na całe gardło.
Siła jego głosu sprawiła, że żmijkowate warkoczyki na głowie dziewczyny zaczęły żyć własnym życiem, Pereza zaś ze strachu dostała czkawki. Malamuty oczywiście bez entuzjazmu, ale przelazły z powrotem przez barierę bez najmniejszego problemu.
    Nie myśląc zbyt wiele, zaryzykował złapał czarnego malamuta za kark i ruszyli przed siebie w stronę ściany. Usłyszał tylko niemiłe plasknięcie, tak jakby wskoczył do basenu z kisielem i już był po drugiej stronie niewidzialnego muru.
-Łapcie psy i chodźcie!- Zachęcił pozostałych.
Ciekawy był czy Numi też skorzysta z pomocy kudłacza.
-Teraz wiem, po co wlokłeś z sobą te bestie. Muszę przyznać, że to bardzo sprytne. Wszystkich wywiodłeś w pole- Numi z zaangażowaniem drapał się swą wielką łapą po gęstej czuprynie,  marszcząc twarz w parodii uśmiechu niczym przygłup żebrzący pod świątynią- to żeś mnie chłopie zaskoczył.
-Lepiej powiedz, czemu się  udało?
       Zawsze wiedział, że jego psy są wyjątkowe, ale nigdy nie liczył na to, że będą rozwiązywać za niego poważne problemy. Nie żeby miał coś przeciw.
-W sumie to nie wiem. Zaklęcie dotyczyło człekokształtnych, psy najwyraźniej nie były w nim ujęte, ale dlaczego nam udało się na ich grzbietach wjechać za barierę to także dla mnie tajemnica. Ktoś bardzo się napracował tylko zapomniał, że ty nie jesteś za przeproszeniem całkiem normalny. Numi chyba uznał, że wydrapał sobie łysinę na czubku głowy, bo strategicznie zaczął męczyć podbródek.
-Phb mówią ludziska, że psy noszą phb dusze zmarłych. -Wtrąciła swe trzy grosze ruda uzdrowicielka.
-To sugerujesz, że już wyciągnęliśmy kopytka i że już całkiem po nas? To było wejście do raju czy piekła?
Wcale go ta koncepcja nie ubawiła. Mimo wszystko wolałby żyć, kilka miesięcy temu z radością opuściłby świat, teraz wiele się zmieniło. Jeśli droga do domu miałaby prowadzić przez świat zmarłych, to był skłonny zrezygnować tu i zaraz. Wszystko ma swoją cenę, ale ta byłaby zbyt wygórowana.
-Ja phb tam nie wiem z wami to nic phb nie wiadomo zgłupieć można.- Dalej męczyła ją czkawka.
     Nie było im dane dalsze roztrząsanie tematu, bowiem z za grubego pnia drzewa wyłoniła się ociupinę bezkształtna postać. Zbliżała się dziwnym, chwiejnym krokiem,  sprawiała wrażenie, że porusza się po omacku.
-Nie spieszyliście się! Jak długo można czekać? Co wy sobie myślicie, że ja z wami w te gierki będę grał?! Ja się nie zgadzam nie pozwolę się tak traktować!-Wykrzykując nerwowo, wszedł w miejsce rozjaśnione przez pochodnie.
Uzdrowicielka spojrzała na zbliżającą się postać i natychmiast zaczęła ze strachu przerażająco, histerycznie wyć.
        Obcy był dość paskudny, jeśli wziąć pod uwagę kryteria obowiązujące wśród ludzi. Jego twarz przypominała niekształtną masę ciasta, w którą ktoś niezdarnie wbił dwa palce. No cóż, nie każdy może mieć szlachetny, orli nos. Usta, choć to zbyt dużo powiedziane, lepiej oddawało sytuację określenie otwór gębowy to krzywe poszarpane pęknięcie. Co do oczu tych nie było wcale. Nie żeby je wcześniej ten dziwny osobnik stracił w wypadku czy wyniku działania nieprzyjaznych mu sił, po prostu na tej nietypowej twarzy nigdy się nie pojawiły.
-Numi walnij jej po plerach żeby się w końcu zamknęła! Może przestać wyć czkawka już jej przeszła.
           Od tego potwornego jazgotu można było zwariować, trudno było mu zebrać myśli.
-Następni dobrzy ludzie mi się trafili? Zabić mnie chcecie? Proszę tu, tu przebijcie me serce- niekształtnym paluchem dźgał się w miejscu gdzie ludzie zazwyczaj mają żołądek- tylko dlatego, że się od was trochę różnię! Czy nie po to mnie tu tak długo trzymacie? I wy śmiecie mówić o mnie, że jest wstrętny, wy??!!
-Uspokójmy się, koniec przedstawienia- przerwał mu Opiekun czas uciekał a oni nie przyszli tu na spotkanie towarzyskie- Dziewczyny bierzcie się do roboty, tym gamoniem się nie przejmujcie jest nieszkodliwy.
-Ale to demon- Łkała przerażona Pereza
-Tylko, dlatego że jestem inny muszę być zły? Ta wasza podwójna moralność, ten brak wyrozumiałości tak okrutnie mnie rani. Trzymaliście mnie tu jak zwierzę w klatce, by podglądać cieszyć się moim widokiem niegodziwcy!
-Słuchaj, jeśli chodzi o mnie wolę oglądać ładne dziewczyny- Spokojnie nie chcąc sprowokować obcego, powiedział Wędrowiec zezując przy tym na Lilidię. Kątem oka widział jak Numi wyszczerza się głupawo, wniosek z tego też pewnie lubi oglądać ładne kobiety, ciekawe co na to jego żona- a uściślając to nie my cię tu zamknęliśmy.- Dodał dla jasności.
-Jak to nie wy? Przecież widziałem!
-Guzik widziałeś.  Może tamtych tak nas nie, bo stoisz do nas tyłem.
       Zadowolony patrzył jak jego ekipa sprawnie, bez niepotrzebnego ponaglania podjęła właściwe działania, zupełnie olewając dziwaka. Tylko Pereza stała z rozdziawioną buzią niezdolna do samodzielnego myślenia. Była w szoku.
     Czarny dziesięciolitrowy kociołek został ustawiony na palenisku, wokół leżały paczuszki z ziółkami, Lilidia wchodziła w trans.
-Mówisz, że to nie wy? Niech no ja sobie spojrzę na was.
     Odwrócił się i zgodnie z oczekiwaniami Opiekuna na jego plecach lśniło wielkie zielone oko. Zamrugał nerwowo, oślepiony światłem latarni i ogniska. Całkiem sprytnie wyciął sobie dziurę w kapocie tak, że tkanina nie zasłaniała mu widoku.
 Usłyszeli trzask łamanych gałązek, ruda uzdrowicielka znowu zemdlała.

-A tej, co się stało? Chora jakaś? Zjeść ją chcieliście czy co? -Zamartwił się stanem dziewczyny ich nowy znajomy.

niedziela, 31 sierpnia 2014

31.08 Wędrowiec, pałacyk na brzegu morza.



-Nic mi o tym nie wiadomo. To chyba zwykły wypadek przy pracy, a ty już się nad sobą nie rozczulaj za bardzo. To nic poważnego, prawdziwy mężczyzna powinien mieć bliznę, żeby mieć się, czym chwalić- bezczelnie puściła do niego oko.
-Może cię to zdziwi, ale ja lubię własny tyłek i dbam o niego należycie. Nie mam też zamiaru publicznie nim świecić żeby świat podziwiał bliznę. A teraz może posłuchamy historii naszej nowej koleżanki, ale takiej prawdziwej, dobrze?
 Popatrzył wymownie na kobietę tulącą dziecko.
-Zacznijmy od imienia tego prawdziwego.
-Mam na imię Katija. Nic więcej, w każdym razie ciekawego nie mam do dodania.
-Ty mnie nie rozśmieszaj Katija, bo mi szwy mogą puścić. Opowiadaj.  -Dla wzmocnienia efektu pomasował delikatnie pośladek i zmarszczył się okrutnie.
-Dobrze, więc – złamała się, postanowiła im zaufać- urodziłam się w ślicznym, wygodnym, nadmorskim pałacyku. Z mojego pokoju prawie każdego ranka widziałam wyłaniające się z wielkiej falującej tafli wody złote słońce. Lśniące, delikatne jeszcze o tej porze promyki z gracją układały się na ciemnej, falującej płaszczyźnie by ją pieszczotą rozjaśniać tak długo, aż uzyskiwała lazurowy odcień. Pałacyk ten był kiedyś własnością mojej babci a wcześniej jej babci. Zwykło się wspominać, jako właścicieli tej posiadłości tych, którzy przejmowali amulet. Jako że w naszej rodzinie przechodził tylko przez kobiece ręce, właścicielkami majątku były kobiety. Tak jakoś się stało, że od początku życie mnie nie rozpieszczało. Moja matka była naprawdę brzydką i nieatrakcyjną kobietą, a ojciec wyjątkowo paskudnym wręcz odpychającym mężczyzną. Brak urody wcale im nie przeszkadzał i nie spędzał z powiek snu w każdym razie, aż do momentu, kiedy pojawiłam się ja. Matka znienawidziła mnie już w pierwszych miesiącach życia za urodę, której jej poskąpiono, bo podobno byłam ślicznym bobasem, pewnie z zazdrości. Ojciec nie mógł na mnie patrzeć, bo podejrzewał, że matka go zdradziła. Moje cztery siostry nienawidziły mnie szczerze, pewnie z tego względu, że nie miały szczęścia i odziedziczyły urodę po rodzicach. Było mi ciężko, czasami myślałam czy nie wskoczyć w lazur wody i nie zmienić się w topielicę, ale brakło mi odwagi. Lata mijały dorosłam, zobojętniałam, nie miałam nadziei na lepszy los. Gdy tak raz przemykałam cicho po pałacyku dopadł mnie sekretarz babci i doprowadził przed jej surowe oblicze. Nie wiedziałam, czego mam oczekiwać. Babcia nigdy nie okazała zainteresowania moją osobą. Nigdy nie powiedziała nic miłego, tak naprawdę to całkiem źle mi się kojarzyła. Gdy weszłam do jej gabinetu zobaczyłam, że jej ulubiony fotel w kolorze dojrzałych wiśni ustawiony jest w stronę morza. Widocznie podobnie jak ja lubiła godzinami oglądać ten lazurowy falujący morski pejzaż.
Nie owijała w bawełnę, szybko przeszła do meritum. Spokojnym głosem takim, jaki miewają ludzie spełnieni oznajmiła, że oto jej dni dobiegają końca. I teraz to ona musi przekazać brzemię swojego życia odpowiedniej osobie. Byłam w prawdziwym szoku nigdy nie sądziłam, że babcia zechce porozmawiać ze mną na ten tak ważny dla rodziny temat. Tyle lat traktowała mnie jak powietrze, jakbym nie istniała. Stałam w milczeniu, bojąc się odezwać by jej nie zdenerwować. Wtedy to jej zgarbiony, przedwcześnie postarzały sekretarz podał mi do rąk miniaturkę.
Wyglądała na bardzo starą rzecz. Gdy ochłonęłam, przyjrzałam się dokładnie temu co znalazło się w moich rękach a wtedy zorientowałam się, że to był portret kobiety. Kobieta ta była do złudzenia podobna do mnie. Odważyłam się spytać, kto to. Jak się okazało była to pierwsza strażniczka. Jakiś mój daleki, utytułowany praszczur ożenił się z nią, wbrew całej rodzinie. To był wielki skandal, niewyobrażalny mezalians. A ona sama, ta kobieta była jedną wielką tajemnicą, nikt nic o niej nie wiedział, a ona do końca życia nie wyznała, co było przedtem.
Jako że rodzina chciała o niej jak najszybciej zapomnieć, w końcu była plamą na honorze rodu, jej portret przechowywano w gabinecie w zamkniętej na klucz szafie. I udawano na ile to  możliwe, że nigdy nie istniała. Moje fizyczne podobieństwo nasunęło babce myśl, że może to być wskazówka, co do tego, która wnuczka ma zostać jej następczynią. Powiedziała mi, że kto wie może ma tak samo wyglądać ta, co się od niej wszystko zaczęło jak i ta, co się na niej cała ta historia skończy.
Najbardziej mnie zdziwiło, gdy babcia wyznała, że od zawsze mnie lubiła, tylko nie chciała mi bardziej komplikować życia. Nie chciała też by ktoś zaczął podejrzewać, że to właśnie mi ma przypaść całe dziedzictwo. Najgorsze jest to, że za odrobinę, szczyptę ciepła i miłości byłabym wstanie znieść całe zło tego świata. Nie powiedziałam jej tego, bo i po co i tak było za późno. Nie można naprawić tego, co minęło. Oczywiście wieczorem podczas kolacji wybuchła mega awantura. To, że mi oczu nie wydrapali i nie położyli, jako skórę przed kominkiem to prawdziwy cud.Jeśli wcześniej mnie nienawidzili, to teraz nienawiść wylewała się z nich sztormowymi falami, zalewając wszystko co dobre i zdrowy rozsądek. Następnego dnia, jak się domyślam całą noc dyskutowano, co zrobić by mnie poniżyć i skrzywdzić, więc tego następnego dnia oznajmiono mi, że wychodzę za mąż.
Kawalerem, który pragnął mojej ręki od zaraz, okazał się być bezzębny śliniący się sadysta. Mógłby być moim pradziadkiem, jednak jak to mówią złego demony nie biorą. Nie namyślałam się długo uciekłam, nie byłam przygotowana, nie miałam zbyt dużo pieniędzy ale miałam nadzieję że sobie poradzę. Wiedziałam, że w końcu znajdą sposób by mnie zmusić do tego małżeństwa. Gdy dotarłam tutaj, miałam tak mało pieniędzy, że stać mnie było tylko na kupno tej nędznej chatki, w której mnie znalazłeś. Nie miałam siły już dalej uciekać, nie miałam też jasno określonego celu, więc zostałam. Nie mogę całe życie uciekać jak przestępca. Nie zrobiłam niczego złego.
No i stało się. Zakochałam się z wzajemnością. Może mi się tylko tak zdawało, zawsze pragnęłam miłości i akceptacji, odrzucenie bliskich tak bardzo bolało. Czułam się gorsza, nie wierzyłam w siebie, nawet się nie lubiłam. Taki wybrakowany egzemplarz dopiero słowa babci coś we mnie zmieniły. Obudziły we mnie iskierkę nadziei. Rodzina chłopaka, którego pokochałam nie chciała mnie widzieć. Bali się, bo zdarzyło mi się mówić od rzeczy, a po drugie uważali, że jestem zbyt biedna dla ich synka brata czy kuzyna. Była miłość, jest dziecko, ale nie było odwagi by się opowiedzieć po właściwej stronie- Zwiesiła głos dając do zrozumienia, że to już koniec jej opowieści.
-Czyli to już koniec? Wszystko stracone, nie będziecie razem? -Pereza podeszła i objęła dziewczynę ramieniem. Taka bezinteresowna babska solidarność.
-Nie wiem czy to była prawdziwa miłość, ale nawet ta prawdziwa czasem nie wystarczy. Czasem trzeba czegoś więcej. Łatwo jest stchórzyć gorzej z naprawieniem szkód, powrót bywa ciężki a może nawet niemożliwy. Jeśli uda mu się mnie przekonać, że dorósł i jest pewny swego wyboru, gdy dokona wielkich rzeczy to, kto wie... -Wytarła łzy do rękawa, nie było sensu dalej ją męczyć, powinna odpocząć.
-Lilidia, kiedy można będzie przetapiać ten twój księżycowy kamień?
        Rozmyślnie zmienił temat, wystarczy to, co powiedziała. To było bolesne i osobiste wyznanie, otworzyła się a nie było to w jej naturze. Powoli zaczynał wierzyć, że uda mu się zapanować nad sytuacją.Nabierał też pewności, że cuda są przereklamowane. Wszystko to, to tylko trochę szczęścia plus przypadek i gra tych u góry.
-Za dwa tygodnie księżyc będzie w odpowiedniej fazie. Układ gwiazd też będzie sprzyjający, wręcz wymarzony.
        Była taka poważna. Przeszło mu przez myśl że ona będzie tez musiała zapłacić jakąś cenę za ten klucz. Instynktownie wyczuł, że nie może jej o to pytać to byłby zbyt duży nietakt.
-Nie dałoby się tego przyśpieszyć? Jak by tak brata naszego Złociutkiego pogonić?
          Sam wiedział, że się zagalopował, uważał, że jednak miał do tego prawo w końcu był ranny, szok i te sprawy. Mógł opowiadać bzdury, niecierpliwić się niczym dziecko.
-Wszystko ma swój czas, musisz poczekać. Działanie, które proponujesz przyniosłoby by tylko wielką katastrofę. -Popatrzyła na niego z wyrzutem, nie rozumiała jak mógł zaproponować coś tak nierozważnego.
 A może było jej przykro, że mu tak śpieszno? Nie, tak nie mógł myśleć, nawet w szoku. To do niczego dobrego nie prowadziło.
-Dobrze, więc, mamy czas, aby ogarnąć sytuację. Przypominam, że nie wolno wam opuszczać terenu pałacu, tylko tu jesteście bezpieczne. Nie chcemy problemów i komplikacji, mam dość tych wątpliwych atrakcji.




Rozdział




           Czas to wlókł się niemiłosiernie, to bieg przeraźliwie szybko. Wszyscy odliczali dni do obrzędu. Nastroje zmieniały się jak w kalejdoskopie od euforii do zniechęcenia, paniczny strach potrafił przerodzić w szaleńczą odwagę.
         Numi i Emeryk przez cały czas kręcili się wokół pałacu sumiennie wypełniając obowiązki służących. Skutecznie omijali przy tym Wędrowca, w obawie, że zacznie ich maglować zadawać trudne pytania, na które będą mogli udzielić odpowiedzi.
       Dziewczyny były lekko poddenerwowane faktem, że od czasu do czasu wychodził na zewnątrz, nic im nie tłumacząc. Babcia zaś przyjmowała wszystko ze stoickim spokojem. Aż nadszedł dogodny czas by wytopić z błogosławieństwem gwiazd sztylet.
        On sam poczuł się pusty, wypłukany z wszelkich uczuć. Wszystko wykonywał automatycznie z przyzwyczajenia. Sam siebie nie poznawał.
            W ten właściwy dzień Lilidia ubrała się w czarną elegancką sukienkę z żabotem, mimowolnie dostrzegł kunszt krawcowej. Sukienka uwypukliła wszystkie atuty jej ciała, dziewczyna wyglądała oszałamiająco, zjawiskowo. Musiał się mocno skupić by zapanować nad ciałem, które wyrwał z apatii i snu widok dziewczyny. Jej długie srebrzyste włosy zostały zaplecione w niezliczoną ilość warkoczyków, przy każdym poruszeniu głową zmieniały się w gniazdo wijących się połyskujących srebrem węży.
       Była niepokojąco poważna, skupiona tak bardzo że robiła wrażenie nieobecnej. Biła z niej niczym nieskażona szlachetność i mądrość. Doskonały materiał na królową. Widok dziewczyny wyrwał go z letargu, poczuł pożądanie, hormony szalały a do tego wszystkiego targał nim niepokój. To pierwsze wyjście kobiet na zewnątrz po ataku tamtych, teraz dopiero zrozumiał ile dla niego znaczą. Były jego rodziną a on w imię nie wiadomo, czego narażał je na niebezpieczeństwo, to nie było uczciwe z jego strony.

      Na dodatek w tej nowej pelerynie czuł się nieswojo. Te łażące niczym świetliste robaki wzorki, rozpraszały się we wszystkie strony, polując na coś czego on nie dostrzegał. Nieustanie miał wrażenie, że układając się w bezsensowne konstelacje odwracają jego uwagę od innych spraw.