Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 listopada 2012

Podręcznik Eskimosa cz. 2 – Eskimos: skaranie boskie każdego psa, czyli dlaczego Freya ma szwy na uchu.

Na zdjęciu Raptor "upomina" Freyę, która za bardzo podekscytowała się zabawą. To przyjazne, choć głośne upomnienie, zaostaje przyjęte i zaakceptowane.
 

Naszym psom nie jest łatwo. Kiedyś żyły w dzikich stadach, wśród swoich pobratymców, mówiły tym samym językiem, miały ten sam system wartości (w którym wartością najwyższą była umiejętność skutecznego zabijania) a ich przewodnicy stada, Alfy, miały dokładnie takie cechy osobowości jak trzeba, żeby zagwarantować im szczęśliwe, pełne życie.

I zmieniły sobie na gorsze dając się oswoić. Bo owszem, jest pełna miska (bo co do spaceru to nie koniecznie). Ale często pies jest jedynym przedstawicielem gatunku canine w swoim stadzie. Przez całe życie. Musi biegle władać dwoma językami (ludzkim i psim), a i tak jest skazany na permanentne niezrozumienie, bo jego Eskimosi zwykle władają tylko swoją mową i nie zaprzątają sobie głowy próbami rozumienia co ma do powiedzenia ich pies. Jeśli do tego dodamy, że języki psi i ludzki są całkiem różne, to mamy niezły klops. Tak, tak, śmiejemy się z Czechów, u których bywa, że nasze słowa znaczą coś całkowicie odwrotnego, a tymczasem pod naszym własnym dachem... No proszę, kilka przykładów:

Pies
Opieranie się łapami, pyskiem na grzbiecie innego psa, układanie głowy nad jego karkiem (nawet bez dotykania, a z dotykaniem to już w ogóle): brutalna manifestacja dominacji.

Człowiek
Przytulanie, obejmowanie psa, głaskanie po głowie, wtulanie się w kark: oznaka miłości!!!

Pies
Patrzenie prosto w oczy: jawna groźba.

Człowiek
Patrzenie prosto w oczy: oznaka szacunku, szczerości, chęć utrzymania kontaktu, poświęcenie uwagi.

Pies
Nie patrzenie w oczy, odwracanie się tyłem: oznaka przyjaźni (zabieram od ciebie swoje kły i pazury, nie chcę ci zrobić nic złego), pozwolenie na wykonanie działania, szacunek.

Człowiek
Nie patrzenie w oczy, odwracanie się tyłem: brak szacunku, lekceważenie, albo kłamstwo, brak uwagi...

Pies
Ziewanie: sygnał uspakajający (CS), który ma nas uspokoić, albo sygnał negocjacyjny (NS), którym pies stara się wynegocjować z nami jakąś rzecz (np. upewnia się, że może wziąć sobie "porzuconą" na stole czekoladę... skoro nikt inny jej nie chce...)

Człowiek
Ziewanie psa: oznaka że jest śpiący, niedotleniony, lub znudzony tym co do niego mówimy.

I TAK DALEJ. Mogłabym tak wymieniać przez kolejne dwie strony. Sami widzicie – psy to najbardziej niezrozumiane, samotne istoty na świecie. Jeśli w stadzie nie ma innego psa, to NAPRAWDĘ nie mają z kim pogadać. Umiecie sobie wyobrazić takie życie? Powiedzmy, że pewnego dnia porywa Was UFO. I dają Wam wszystko: ekstra jedzenie, własne lokum o wysokim standardzie i wygodne łóżko. Ale żadnego kontaktu z innymi ludźmi. A każde Wasze słowo, każdy gest jest przez to UFO rozumiany na opak. I tak całe życie... W końcu musielibyście nauczyć się reagować odwrotnie i działać odwrotnie niż Wasz gatunek, bo tylko wtedy nie narażalibyście się na gniew swoich UFO-ludków. Więc zamiast przytulać robilibyście fikołka, zamiast płakać musielibyście się śmiać, zamiast patrzeć w oczy musielibyście zakładać nogę na głowę... I nachodziłyby Was takie refleksje: kim ja jestem? Już nie człowiekiem, bo ludzie tak nie reagują... ale też nigdy nie będę jednym z nich. Więc kim...???

BYLIBYŚCIE PSEM WŚRÓD LUDZI...

Wiem, zrobiło Wam się smutno. To przykre wiedzieć, że nasz pies jest taki samotny i permanentnie niezrozumiany. Niestety, mam dla Was jeszcze gorsze wieści.

Bo oprócz psiego języka którego nie znamy, nie rozumiemy, i lekceważymy, mamy jeszcze jedną cechę która czyni życie naszego psa nawet trudniejszym. To nasza ludzka osobowość. No niestety, im bardziej jesteśmy ludzcy, tym bardziej różnimy się od zwierząt. A dla naszego psa to akurat kolejny powód do zmartwień. Bo pies nas nie rozumie również w sensie mentalnym. Wiele naszych działań jest dla niego dziwacznych, a nawet oburzających. I to  do tego stopnia, że póki starczy mu sił będzie  próbował się im przeciwstawiać. Nie możliwe? Oto przykład:

Ludzka empatia i litość - coś co każe nam hołubić małych, słabych i chorych.
Jeśli zauważymy bezdomnego kotka, nakarmimy, wystawimy miskę z wodą. Jeśli ten kotek przyjdzie następnego dnia ucieszymy się, bo to znaczy, że nam ufa, a może się do nas przywiązał. I znów damy mu jeść. I skarcimy psa za bezduszność jeśli przypadkiem wyskoczy do tego małego kotka z zębami.
Jeśli przybłąka się do nas jakiś bezdomny pies, w dodatku chory lub wygłodniały, zaopiekujemy się nim dopóki nie znajdziemy mu domu. Odkarmimy, wyleczymy, wygłaskamy, żeby poczuł się lepiej. Bo nie godzi się przecież tak go zostawić.
Jeśli zauważymy, że wśród naszych własnych czworonogów istnieje hierarchia, że jeden uważa się za lepszego i ważniejszego od drugiego, zrobimy wszystko, żeby temu drugiemu pokazać, że dla nas on też jest bardzo ważny. Będziemy mu dawać smakołyki, pieścić i przytulać żeby nie poczuł się gorszy...

A co na to nasz pies? Proszę, oto co on na to:
"Głodny kocur?!!! Nigdy w życiu! Jedzenie jest trudne do zdobycia i konieczne do przetrwania! Jeśli mamy go dużo, to ja się chętnie najem na zapas i wrąbię porcję przeznaczoną dla tego bezczelnego kota. A jak coś zostanie to zakopmy na złe czasy! A kocura trzeba natychmiast przepędzić, bo to nasz teren a on ma się nie przyzwyczajać. I jak te ofermy Eskimosi tego nie pojmują to sam się tym zajmę!"

"Pies przybłęda?!!! No bez przesady! W dodatku chory i słaby! Jak można coś takiego zapraszać do stada?! Słabe osobniki nie pomogą w wyżywieniu grupy, a będą tylko dodatkową gębą do karmienia. Przepędzić! Zagraża stadu!!! HALO, Eskimosi...! Powariowaliście ??? Wypad z nim! To nasz teren, nasze jedzenie, nasze schronienie! No dalej, wynocha!"
"Chwila-moment, Młody... Ustaliliśmy, że z nas dwóch to ja to ja mam większe kły, pazury i siłę. Ja się bardziej przydam stadu w czasie zagrożenia czy na polowaniu. Dlatego ja jestem wyżej w hierarchii i stado będzie o mnie bardziej dbało. Dlatego, że jestem bardziej wartościowym z punktu widzenia przetrwania. Tak jak w firmie: jedni są dla firmy ważniejsi i zarabiaj ą więcej, a inni mniej ważni i zarabiają mniej. No więc co niby ma znaczyć, że ty pierwszy dostałeś dziś miskę, hę?!!!! Moja miska! Nie waż się do niej zbliżyć, bo ci pokażę!!! Eskimosi się pomylili, bo to fajtłapy, ale my dobrze wiemy, który z nas ma jeść pierwszy, więc wara od tego, bo oberwiesz!!! A jak jeszcze raz pójdziesz pierwszy po głaski od Alfy to też popamiętasz. No. To wynocha, ja dziś jem z obu misek. Z twojej bo pierwsza została napełniona i z mojej bo jest moja. Jasne?"

 No właśnie... „Czeski film”. Komedia pomyłek. Albo pomyłkowy dramat…


Mamy też inne cechy, przez które naszym psom jest trudno:

Poczucie winy, które w połączeniu z lenistwem sprawia że nasze psy są za grube. Naprawdę nigdy, ani razu nie daliście psu smakołyka, żeby się od Was choć na chwilę odczepił, kiedy prosił o spacer? Bo akurat robiliście coś innego, nie mogliście, nie mieliście czasu, bo padało... No właśnie. On chciał biegać, a dostał kolejne psie ciastko złożone z mąki i wody. Niezdrowe. Znacznie gorsze niż bieganie i zabawa na świeżym powietrzu. Ale zajął się tym ciastkiem a Wy mogliście dokończyć rozmowę z koleżanką...

Pozbawiona rozsądku, ludzka miłość, która każe nam traktować psy jak ludzkie dzieci, a nie jak drapieżniki. Karmimy je choć nie są głodne, w dodatku niezdrowym dla nich jedzeniem pełnym cukrów i węglowodanów, bo uroczo "żebrzą". Pozwalamy sobie wchodzić na głowę, spać w naszym łóżku, odstępujemy od wyznaczania reguł i granic, bo psy mają kluczyk do naszych serc i potrafią być słodkie, miłe, kochane. Szkodzimy im tym. Czy pozwolilibyśmy naszemu dziecku złapać w dłonie garnek z wrzącą wodą jeśliby uroczo o to poprosiło? No właśnie. To dlaczego uważamy, że narzucanie reguł wychowania psom je krzywdzi albo ogranicza? Kiedy właśnie krzywdzi je BRAK REGUŁ... Ale jesteśmy tylko ludźmi i mamy tendencję do kochania bez opamiętania. I w dodatku, choć jeśli się zastanowić, to jest to jeden z większych absurdów jakie zdarza nam się czynić, w milczeniu liczymy na to, że to PIES wykaże się rozsądkiem i sam będzie wiedział gdzie są te nieustalone granice i wbrew własnemu instynktowi będzie ich przestrzegał! Jakie to ludzkie. Przecież my, Eskimosi tak robimy: znamy prawo i go przestrzegamy, nawet jeśli żaden policjant na nas nie patrzy (no w każdym razie większość z nas). Kiedy idziemy do supermarketu nawet nie przyjdzie nam do głowy, żeby wziąć z półki paczkę kiełbasy zwyczajnej i wyjść ze sklepu nie płacąc. A co zrobiłby z kiełbasą nasz pies w supermarkecie...? No właśnie. A my dalej bezsensownie liczymy na jego "ludzki" rozsądek!

No i w końcu jest też DYSONANS POZNAWCZY. To trudne do zrozumienia pojęcie i wielu ludzi nie wie o jego istnieniu, choć wszyscy, na co dzień mu ulegamy. I o tym właśnie będzie dzisiaj mowa. Bo przez mój DYSONANS POZNAWCZY Feya ma szwy na uchu...
No więc przyglądając się jakiejś sprawie, osobie lub zwierzęciu staramy się wypracować sobie zdanie jego temat. To bardzo sprytny mechanizm naszego umysłu, który pozwala oszczędzić znaczną ilość energii i uniknąć wielu problemów. Kiedy już mamy wyrobioną opinię nie musimy więcej poświęcać cennych zasobów intelektualnych na analizowanie sytuacji wciąż od nowa i nie narażamy się na popełnienie błędów, które w przeszłości wynikały z tego, że jeszcze nie mięliśmy zdania w danej sprawie. Bazowanie na wyrobionej opinii bardzo ułatwia nam życie. NA PRZYKŁAD: jeśli w procesie poznawczym nauczyliśmy się, że nasz szef to wybuchowy facet i lepiej nie wchodzić do niego z żadną sprawą zanim nie wypije porannej kawy i nie przeczyta maili, to choćby się waliło i paliło wolimy poczekać do 11 i dopiero pukamy do jego gabinetu. Dzięki temu nie zgarniemy op... za pogodę za oknem. Ułatwia życie, prawda?
No właśnie, nie zawsze. Bo okazuje się, że kiedy już wyrobimy sobie zdanie na dany temat, to niechętnie będziemy je zmieniać. A im większy związek emocjonalny z "tematem" tym bardziej głuchniemy i ślepniemy na wszystko co nie zgadza się z obrazem jaki nosimy w głowie i w sercu.
Widziałam kiedyś program z procesu sądowego kobiety, której para psów, jakiejś groźnej rasy, zabiła jej sąsiadkę. Wiele osób z jej otoczenia mówiło, że psy od dawna były agresywne. Kobieta płakała i przysięgała przed sądem, że to nie może być prawda: jej psy są łagodne jak baranki, często przychodzą na głaskanie, lubią się przytulać i pokazują brzuszki. Nigdy nie skrzywdziłyby człowieka.
Wierzę, że to możliwe: nie zauważyć  sygnałów świadczących o agresji własnego psa, jeśli w sercu nosi się obraz potulnego baranka.
Podobnie jak wierzę, że można wyrzucić z głowy i zastąpić "czarną plamą" fakt, że ktoś w naszej małej, dobrej, bogobojnej społeczności, kobieta z sąsiedztwa, z którą ucinam sobie codziennie miłe pogawędki, i która jest „jedną z nas – dobrych ludzi w tej wiosce” była w ciąży, a potem nie było dziecka (choć jak to jest osiem ciąż, to dysonans poznawczy powinien się wyłączyć).

No właśnie. Bo żeby wyłączyć dysonans poznawczy potrzeba albo bardzo świadomego wysiłku żeby NIE WYROBIĆ SOBIE ZDANIA (tak robią naukowcy. Twierdzą, że każdą tezę da się udowodnić, więc starają się prowadzić badania, nie zakładając z góry żadnego wyniku. Analizują potem wyniki tych badań i dopiero wyciągają wnioski. Nauka popełniła już wiele błędów wynikających z faktu, że ktoś próbował odwrócić tę kolejność), albo TRZESIENIA ZIEMI. Czyli nagromadzenia faktów, które wstrząsną naszym wewnętrznym obrazem. Dajmy na to: większość z nas nie wierzy w wybuch trotylu w Tu-154 pod Smoleńskiem. No ale jak czytamy w gazecie, że ktoś ten trotyl znalazł w samolocie… to jest właśnie to trzęsienie ziemi, które może wstrząsnąć raz wyrobioną opinią.


Ja niestety zaliczam się do Eskimosów i dźwigam całą tę naszą Eskimoską ułomność. I nawet jeśli wiem doskonale co to jest dysonans poznawczy, nie znaczy jeszcze, że jestem od niego wolna.
Prowadzę Dom Tymczasowy. Już kilka psów temu nauczyłam się, żeby nie wyrabiać sobie opinii o nowym zwierzęciu zbyt szybko. Staram się długo obserwować. Jak najdłużej. Ale w końcu, po wielu dniach mam już tyle danych, że choćbym się zapierała jak przysłowiowy osioł, mój mózg i tak dojedzie do wniosku, że:

"Na podstawie zgromadzonych dowodów orzekam, że Freya to miły, łagodny i potulny pies. Bez skłonności do dominacji. Z niezwykle dobrze rozwiniętymi mechanizmami socjalizacji z innymi psami, przyjazna dla kotów, posłuszna, o niezbyt silnie rozwiniętym instynkcie łownym."
Niestety. Od ostatniego weekendu wiem, że to był prawie dobry opis. PRAWIE. I dlatego Freyka musiała w trybie pilnym udać się do weterynarza, na szycie ucha. I to szycie ucha to było moje prywatne "trzęsienie ziemi", które pomogło mi wrócić do etapu obserwacji likwidując obraz Frei który miałam w sercu i w głowie. I dobrze. Bo Freya, tak jak każdy inny pies i człowiek, nie zasługuje na pochopną oceną. Nawet jeśli to ocena bardzo optymistyczna.

***

Cieszyłam się na tę wizytę. Po prawie roku miałam zobaczyć Lunkę, bohaterkę "Psów z piekła rodem", moją drugą Tymczasowiczkę. Miałam spotkać się z Magdą i Karolem, których naprawdę bardzo lubię, jak członków rodziny. To miał być idealny dzień. Uprosiłam nawet pogodę, żeby nie padała! Trzy psy, które bardzo kocham, na jednym spacerze, na jednym podwórku, bawiące się jedną piłką. Mój prywatny Przedsionek Nieba!

Przyjechali. A ja "ogłuchłam i oślepłam". I stało się nieszczęście.

Od niedzieli odtwarzałam w myślach każdą sekundę spotkania, żeby zrozumieć co przeoczyłam. Przewijałam obrazy jak film w przód i w tył, starając się uchwycić jak najwięcej szczegółów, których wcześniej nie pozwolił mi zobaczyć DYSONANS POZNAWCZY: to głębokie przeświadczenie, że Freyka nie jest dominująca, zaborcza czy agresywna. Nigdy. W żadnych okolicznościach.
Przeanalizowałam już wszystko. Wyciągnęłam wnioski. I dlatego, choć to nie będzie dla mnie nic chwalebnego, mogę Wam teraz pokazać, co widziały moje oczy i czuło ciało oraz co myślał mój ułomny, zaślepiony emocjami eskimoski mózg…
 
 
Co naprawdę widziałam/czułam
Co to znaczyło
Co chciałam widzieć
Freya wita Lunkę z bardzo wysoko zadartą głową i ogonem. Jest podekscytowana, choć stara się to ukryć. Zamiast obwąchać się z Luną obsikuje krzaczek i rozdrapuje ziemię tylnymi łapkami. Wargi szeroko „uśmiechnięte”, pysk półotwarty, oczy przyjazne, ogon w ruchu.
Luna ma ogon w dole i grzbiet wygięty w łuk.
My wszyscy jesteśmy podeskcytowani spotkaniem i zachwyceni widokiem psów. Ślepi i głusi.
Freya z całych sił manifestuje swoją dominację: wskazuje na to pozycja ogona i głowy oraz znaczenie terenu. Nastawienie ma umiarkowanie przyjazne („długie” wargi, oczy rozchylony pysk), ale bez agresji, Jest za to wyraźnie podekscytowana (ogon) - w złym tego słowa znaczeniu.
Luna jest niepewna.
Brak agresji. Przyjazny pysk Frei. Ogon w ruchu bo się lubią. Lunka trochę niepewna, ale każdy by przecież był. To nic takiego.
Hura! Moje kochany pieski już się zaprzyjaźniły.
Idziemy na wspólny spacer.
Luna stara się „schować” za swoimi Eskimosami. Freyka dąży do kontaktu. stara się zbliżyć do Luny w trochę zbyt nagły i bezpośreni. Dwa razy słyszę warknięcie.
Patrzę głównie na Lunkę. Jest piękna! Sierść „premium-premium”, piękna wysportowana figura. Moje psy wyglądają przy niej jak parówki.
Freya dąży do pilnego ustalenia gdzie jest „miejsce w szeregu” nowego członka w stadzie. Bardzo jej zależy, żeby Luna nie zajęła jej pozycji. Dlatego chce zbliżyć się do Luny na odległość wystarczającą do manifestacji dominacji. Wszystkimi sposobami stara się pokazać, że nie żartuje i będzie walczyć o swoją pozycję. Miejsce z naszym domu i stadzie przyszło jej z trudem, to wszystko co ma. Nie pozwoli się stąd wygryźć nowej suczce, na którą wszyscy patrzą z zachwytem!
Freya dąży do kontaktu. Chce się jak najszybciej zaprzyjaźnić z Lunką. Świetnie!
A warczenia NIE BYŁO.
Psy bawią się nad rzeką. Lunka i Freya są nierozłączne. Raptor trzyma się z boku i obserwuje. Suczki biegają. Freya warczy ile razy Lunka przebiega koło mnie. Stara się zawsze ją dogonić, zawsze być obok, zawsze biec pół długości pyska z przodu przed Lunką. „Oskrzydla” jej boki i sprawia wrażenie jakby swoim ciałem kierowała Lunę na okreslony tor biegu. Ani na chwilę nie zostawia samej. Lunka ma ogon nisko i stara się odbiec od niej na jakąś odległość. Łapy często podciągnięte pod brzuch, sus nie taki długi jak by mogła. Wzrokiem szuka kontaktu z ludźmi.
Freya chce w 100% kontrolować zachowanie Luny. Nie chce, żeby ta robiła cokolwiek bez jej wiedzy i zgody. W każdym momencie stara się podkreślać swoją dominującą pozycję. Nawet w zabawie w „pościg” ona prowadzi. Luna nie czuje się komfortowo. Jest „zniewolona” i kontrolowana. Stara się zwrócić naszą uwagę na sytuację albo w jakikolwiek inny sposób uwolnić się od „panowania” Freiki.
Dziewczyny świetnie się bawią! Są nierozłączne. To jakiś cud, że tak szybko się zaprzyjaźniły! Biegają wszędzie bok przy boku jak siostry i obie mają uśmiechnięte pyski.
A warczenie? Ech… Freya jest może trochę o mnie zazdrosna. Tak bym chciała pogłaskać Lunę. Nie witałam się z nią, żeby nie prowokować kłótni, ale jak znów koło mnie przebiegnie to nawiążę kontakt wzrokowy i ją przywitam.
Luna przebiega obok mnie. Patrzę jej w oczy, uśmiecham się i coś mówię. Suczka natychmiast podbiega na powitanie w wyraźną ulgą, że znajdzie obrońcę przed zapędami kontrolnymi Frei. Freya porzuca zabawę w wodzie i kieruje się galopem w naszą stronę. Warczy już z daleka i ma ten twardy, nieustępliwy wzrok.
Mój pierwszy błąd. Nie należało dotykać Luny.  Należało ZAJĄĆ SIĘ FREYĄ, a kontakt z Luną zostawić na czas, kiedy Freya upewni się, ze jej pozycja nie jest zagrożona. Lunka poczuła się doceniona przez co Freya poczuła się zagrożona. Na szczęście koryguję szybko swoje zachowanie i przestaję zwracać uwagę na Lunkę, zwracam się w stronę Frei głaszczę i przytulam poświęcając całą uwagę. To ją trochę uspokaja i nie dochodzi do awantury. Ale co się stało to się nie odstanie: Freya ma przeświadczenie, że Luna jej zagraża.
Lunka chciała się przywitać. Freya była zazdrosna. Ale załatwiłam sprawę i wszystko jest OK. Tfu-tfu: szybko trzeba o tym zapomnieć. Jest zgoda i przyjaźń i tak zostanie.
Wracamy do domu. Raptor idzie ze mną z tyłu, Luna i Freya prowadzone przez facetów idą bok w bok przed nami. Bardzo blisko siebie, przy czym mam wrażenie że na tej bliskości zależy głównie Frei. Jest też zawsze o pół długości pyska bardziej z przodu. Ma wyżej zadarty ogon i głowę. Cały czas. Lunka co chwilę obraca się i spogląda na swojego pana.
Freya kontroluje Lunę.
Psy idą obok siebie, tak blisko, znaczy że się przyjaźnią. Super. Ogony to przypadek. Cecha osobnicza. Nic ważnego. Tak samo nie ważne jest to który pies jest bardziej z przodu. W końcu przecież to zaledwie kilka centymetrów.
W ogrodzie. Luna w uległej pozie. Raptor zawiesza głowę nad jej  grzbietem (bez dotykania) i tak stoi przez kilka sekund. Luna nie ma nic przeciwko temu. Jak tylko kończy to samo robi Freya. Lunka wytrzymuje to dzielnie.
Manifestacja hierarchii. Oba moje psy pokazują dominację. Luna ją akceptuje.
No i git. Ustaliły sobie, to teraz już na pewno nie będzie żadnych awantur. Mogę w końcu przytulić Lunkę.
Koło stołu. Raptor zajmuje najlepsze miejsce, pod stołem. Suczki nie zamierzają z nim walczyć. Kręcą się koło stołu szukając innej miejscówki. Jem koreczek z łososiem. Pożywienie trzymam w prawej ręce. Na dłoni zostaje ślad zapachu. Lunka i Freya równocześnie wpadają na pomysł, że najlepsza miejscówka będzie koło mnie. Luna staje bliżej. Nie patrzę na nią ale czuję że tam jest, po ciepłym oddechu na moim udzie. Bez udziału świadomości opuszczam prawą dłoń, żeby pogłaskać ją po głowie.
Freya widzi, że moja pachnąca łososiem dłoń wędruje w kierunku Luny. A przecież dopiero co ustaliły, że to Freya jest ważniejsza i jej należy się jedzenie w pierwszej kolejności. Rzuca się na Lunę z zamiarem skorygowania. Luna, czując moje „poparcie” przystępuje do kontrataku.
Nie wiem jak to się stało, że nagle, bez ostrzeżenia one zaczęły się gryźć!!!


Takich sytuacji i moich błędów było tego dnia więcej (gdybym miała napisać o wszystkich ten post trafiłby do Księgi Rekordów Guinessa.), a w finale awantura opisana w ostatnim wierszu tabeli. Zakończona wizytą u weterynarza.
 Nie poradziłam sobie. I Freya na rozerwane uszko. Gdyby nie jej obraz, mozolnie wypracowany w czasie naszych kontaktów wzajemnych i z innymi psami, obraz, w którym Freya jest potulnym, pokornym pieskiem, nie straciłabym czujności. Gdyby nie fakt, że tak się ucieszyłam na widok mojej kochanej Lunki, że zapomniałam o Freyce, nic by się nie stało. Gdybym choć przez chwilę pomyślała o mojej tymczasowej suczce, która od lat nie miała swojego domu, tułała się po świecie i spała w schroniskowych kojcach... Dla której ten nasz dom tymczasowy i miejsce w naszym stadzie jest najważniejszą rzeczą na świecie, czymś tak cennym, że jest skłonna walczyć o to na śmierć i życie... Gdybym tylko umiała choć przez chwilę spojrzeć na rzeczywistość oczami psa, a nie moim ułomnym, zaślepionym ludzkimi emocjami sercem... Zobaczyłabym to wszystko, co dziś Wam opisałam. Sprawiłabym, że Freya nie miałaby przez cały dzień poczucia zagrożenia. Ukróciłabym nieprzyjemne dla Luny zapędy kontrolno-dominacyjne. Zachowałabym się jak przywódca stada.
A tak… Tak, to teraz karmię Freyę serniczkiem i pozwalam spać ze mną w łóżku. Czyli dodatkowo jej szkodzę. Ale chwilowo to jedyne co mi przychodzi do głowy, żeby zagłuszyć moje ludzkie poczucie winy. Choć wiem, że jak to jeszcze trochę pociągnę, to zgotuję konflikt między Freyą a Raptorem. Bo lada chwila on poczuje, ze jego pozycja jest zagrożona...
Ale nie martwcie się. Obiecałam sobie, że to tylko do jutra. A od jutra wymiotę z kątów poczucie winy i znowu będę mądrą Alfą. Aż do następnego bolesnego razu kiedy popełnię błąd.

***
 
Ach. I na koniec. Skoro popełniłam tyle błędów, to czy to znaczy że nie wiedziałam jak się trzeba zachować???
Niestety. Wiedziałam. Wiedziałam doskonale. Gdyby chodziło o zupełnie obce psy a ja byłabym tylko bezstronnym obserwatorem taka byłaby moja rada:

Droga Asiu,

Choć bardzo tęskniłaś i cieszysz się na spotkanie, zdecydowanie radzę: ignoruj Lunkę i zajmij się Freyą. Swoim zachowaniem upewnij ją, że nic nie zagraża jej pozycji a ty nadal ją szanujesz. Skup na niej uwagę i zajmij się nią do chwili aż całkowicie się rozluźni i sama zacznie ignorować Lunkę. Ekscytację musi zastąpić relaks. Wtedy możesz pokazać jej jak "polubownie" ustalić nową hierarchię. Zauważ, że właśnie zrobił Raptor, przeprowadzając Freyę i Lunę przez "rytuał ustalania hierarchii" – ten z zwieszaniem głowy nad grzbietem. Nikomu wtedy nie spadł włos z głowy, a obie suczki poczuły się lepiej. Raptor zauważył, że to jest potrzebne, bo Freya czuje się zagrożona. Możesz sama przeprowadzić taki rytuał przez umiejętne "głaskanie" obu psów, tak, żeby Freyka czuła się głaskana bardziej, ale żeby widziała, że ty sama głaskasz równiesz (czyli akceptujesz i przyjmujesz do stada) Lunę. Warunek: psy muszą być spokojne kiedy zaczniesz. Tak, tak, dokładnie tak jak Raptor, który poczekał do chwili kiedy obie suczki były spokojne.
I do diabła: zapomnij na chwilę że jesteś człowiekiem i że w twojej naturze leży obrona uciśnionych (Lunki) i słabszych (Lunki) i nowych w stadzie (Lunka) i zacznij myśleć jak PIES. Ucz się od Raptora.
 
Raptor inicjuje "rytuał ustalenia hierarchii"
 
Luna akceptuje dominację Raptora (uległa pozycja, lizanie po pysku)
 
 Raptor pozwala Frei ("look away" czyli odwrócenie spojżenia dla psów oznacza zgodę na działanie) zainicjować rytuał ustalanie hierarchii względem Luny

Luna zgadza się, żeby Freya rozpoczęła działanie (przyjazne "długie" wargi Lunki, przyjazne oczy w kształcie migdałów, rozchylone pyski wszystkich psów, brak napięcia)
 
Freya przeprowadza rytuał w asyście Raptora, który pilnuje, żeby nic złego się nie stało. Jak widać to wcale nie strasuje Luny, która łagodnie i bez protesów przechodzi całą procedurę.

Rytuał zakończony. Można wrócić do zabawy. Psy są zrelaksowane i spokojne.





 

środa, 15 sierpnia 2012

Psy z piekła rodem



To było rok temu. Właśnie napisałam na Forum post o wizycie u wujostwa. Z dwoma malamutami. W wyniku której zginęło całe stado kur, a mieszkanko wujostwa zostało zdewastowane. Siedziałam przy komputerze i czekałam, aż dziewczyny z FAM zabiją mnie słowami, za bezmyślność spuszczania psów w obecności drobiu… Zamiast krytyki pojawiły się same roześmiane buźki... A potem więcej roześmianych buziek i więcej… Aż w końcu komentarze w stylu: „książkę powinnaś napisać”.

Ja i pisarstwo… Równie dobrze można by prosić malamuta, żeby hodował bażanty! Wieczorem całkiem sporo dziewczyn wspomniało już o książce. Zdziwiona zaniosłam laptopa do męża:
- Patrz co się dzieje! Malamuty zrujnowały dom wujka i pozabijały kury, a dziewczyny na Forum zamiast mnie zabić za bezmyślność, to gadają o książce. Czy ja im mam napisać że jestem mgr. inż. INFORMATYK?

Mój mąż zgodził się ze mną całkowicie. Do pisania to ja się nie nadaję. Jakieś dwa tygodnie później zagadnął przy herbatce:
- Wiesz, czytałem ten twój post o wizycie u wujostwa… Aż się popłakałem… Jest naprawdę śmieszny! 
- Śmieszny. No jasne. A wujek do tej pory się nie odezwał. Nie zadzwonił, ani nic… Pewnie już nigdy nas nie zaprosi…
- No fakt. Raczej nie zaprosi. Zdemolowaliśmy mu mieszkanie, ogródek i… stosunki sąsiedzkie. Ale wiesz co? Tak sobie pomyślałem… może pospisywałabyś te wszystkie historie… no wiesz. O Raptorze i w ogóle. Przecież jak to opowiadasz naszym gościom przy grillu, to wszyscy się śmieją. Do łez!
- Bo to śmieszne historie są. Jak Raptor porwał chomika, pamiętasz?
- Pamiętam – zaśmiał się mąż – albo ta historia z lisem…
- No! Albo jak próbował upolować krowę i ten rolnik z widłami… Ech, jak my wtedy szybko wialiśmy! Albo, na mazurach jak zatrzasnęliśmy kluczyki do samochodu, pamiętasz?
- Pamiętam. – rozmarzył się mąż - Ale to nie o psie, tylko o nas by było.
- Nie! O psie! O tym jak jechaliśmy na pocztę po zapasowe kluczyki i on znalazł…
- No właśnie... – przerwał mi mąż, wciąż uśmiechając się na wspomnienie tamtych wakacji – Zrobiłabyś kiedyś takie kurki w śmietanie... I spróbuj to spisać. Zobaczymy jak wyjdzie. Niczym się nie przejmuj tylko pisz. Tak jakbyś to chciała opowiedzieć naszym mamom.

Nawet on! No, ale skoro tak… to co jakiś czas, po cichutku, nie mówiąc zupełnie nikomu, nawet córce i mężowi spisywałam. Czasem tak się śmiejąc, że jeszcze długo w nocy nie mogłam zasnąć. Co jak co, ale psy nam się udały!

A potem była u nas Luna. Miała inteligencję Einsteina, zwinność Houdiniego i wyobraźnię Verne, więc co rusz coś o niej pisałam na Forum. O książce dawno już zapomniałam, i nawet historyjki z przeszłości przestałam spisywać po kryjomu… Miałam przecież pełne ręce roboty Szalonym Psem Tymczasowym. Ku mojej zgrozie po którymś z wyczynów Luny znów pojawiły się głosy za książką. Tym razem zaczęła Pchełka.

- Ma taki niewinny nick, a taka zaraza! Zobacz, nie chce zapomnieć o tej książce. No jak ja mam im wytłumaczyć, że ja się bardziej nadaję na linoskoczka niż na pisarza?! – żaliłam się mężowi.
- Przemilcz to, zapomną – doradził mąż.

Próbowałam. Ale nie zapomniały. Po dwóch dniach zauważyłam że temat książki przelał się na kolejną stronę. Miałam kłopoty! Żeby tego było mało, dziewczyny wymyśliły, że jak nie książka to Blog. Wiedziałam, że na to wpadną, bo to wszystko inteligentne bestie są!! Miałam WIELKIE kłopoty!!
Pomyślałam, że muszę jakoś to ukrócić. Spróbowałam zagadać o Lunie. Nic z tego. Dyskusja nad książką/blogiem dalej się toczyła. Cholera!
- Może ja im wprost napiszę, że na liście potencjalnych autorów książek ja się plasuję na ostatnim miejscu? – zapytałam męża w akcie desperacji.
- Ja tak nie myślę. Ale napisz co chcesz.

Kompletnie mnie zbił z pantałyku. Jak to on tak nie myśli?! Przecież mnie zna! Ja NIE UMIEM NAPISAĆ KSIĄŻKI! Na wszelki wypadek, żeby się upewnić, że mam rację, zapytałam wujka Googl’a. I proszę! Rzeczywiście: pisanie książki było trudne, a znalezienie wydawcy prawie niemożliwe. Nawet Joan Rowling szukała przez rok. No i co??!! No! To po sprawie!!

Napisałam grzecznego posta, że OK, myślę nad książką (prawda to była. Myślałam. A tak dokładnie o tym, że ze mnie pisarki nie będzie), a odnośnie bloga, to nic z tego, bo ja tego nie umiem założyć (to też była prawda. Nie umiałam). No! I miałam nadzieję, że koniec tematu.
...a następnego dnia dostałam „na priv’a” maila od Cynthii: „…to ja ci tego bloga założę. Żaden problem!”

No super! 

Wytłumaczyłam Cynthii, że ja nie umiem pisać...
Ale po namyśle uznałam, że przecież taki blog może pomóc psom i Fundacji. I brak umiejętności pisarskich nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem. Zwłaszcza, że jeśli Cynthia chciała pomóc, to jakie ja mam prawo, żeby się wykręcać. Nędzna ze mnie kreatura, leń i w ogóle beznadzieja! 
...no więc dodałam, że jak będzie Blog to ja będę na nim coś skrobać, choć nie czuję się kompetentna. I że to piękne, że Cynthia chce pomóc. Oraz, że może poszukamy więcej autorów, bo ludzie na Forum piszą świetnie, lepiej niż ja.

I tak powstał Blog. A ja padłam z wrażenia kiedy zobaczyłam, że posty o Lunie czyta po 200 i więcej osób!!! To było NIEMOŻLIWE!

Nie wszystkie historie publikowałam na Blogu. Niektóre były za długie, inne „niepedagogiczne”, a jeszcze inne zupełnie dla mnie kompromitujące. Nie chciałam też ludzi zalewać swoją pisaniną. Uznałam, że jedna historia na tydzień wystarczy. Przecież ludzie mają swoje życie, no nie?

A potem dowiedziałam się, że jestem chora. To było jak grom z jasnego nieba. Myślałam, że mam torbiel na jajniku. Potwornie bolało. Ale lekarz wyglądał na zmartwionego i wysłał mnie na TK. Po wynik pojechałam sama, choć miałam złe przeczucia. Radiolog, która robiła badanie na końcu wyszła ze swojej kanciapy. Była delikatna i miła i pogładziła mnie po ręce. Ach… Może taka jest dla wszystkich. No więc pojechałam. Otworzyłam kopertę: nie torbiel, tylko lita zmiana. 12 cm. Nacieki wielonarządowe. I zmiany w wątrobie. No i ostatnie zdanie: „obraz wskazuje na przerzuty podtorebkowe”. PRZERZUTY!!!!

Moja mama miała przerzuty. I zmarła.

Następnego tygodnia nie pamiętam dokładnie. Nic nie jadłam przez kilka dni. I zrobiłam klomb w ogrodzie. Przytulałam się do drzew. Prosiłam Słońce, żeby nie zachodziło. A potem wróciłam do mojego lekarza, błagać go, żeby mnie uratował. A on powiedział, że to nie musi być rak. NIE MUSI BYĆ RAK!!! ROZUMIECIE?!!! NIE MUSI!!!

Wróciłam do domu. Słowa lekarza powtarzałam jak mantrę. TO NIE MUSI BYĆ RAK. To przecież nie musi być rak… Powiedział, że to nie musi…
Otworzyłam komputer. Plik pt. „Książka” wpadł mi w dłonie niechcący. Zaczęłam czytać. Jakie dobre, radosne, szczęśliwe życie. Śmiałam się i płakałam równocześnie. A potem spakowałam go do pdf’a i wysłałam do 4 wydawnictw. Bo to jednak mógł być rak. Bo to nie musiał być rak. Bo oba te powody. Bo co mi tam!

Wszystko co nastąpiło potem było cudem. Najprawdziwszym. Opiszę to następnym razem, bo to długa historia. A dziś chciałam Wam przedstawić książkę.

Ma tytuł „Psy z piekła rodem” (w temacie tytułu też mam dla Was opowieść). Jest podzielona na 3 części: „Raptor”, „Inka” i „Luna”. Opowiada historie tych psów w naszym domu. I troszkę naszą domową historię przy okazji. I jest zabawna. Naprawdę. Ja się śmieję, jak ją czytam.
Składa się z… czekajcie policzę…
…z 68 historyjek. Są tak takie tytuły jak: „Park Jurajski”, „Trup pod baklonem” (to jest o małym jeżu. Żywym.), „Polowanie na bizona”,  „Basen sąsiadów”, „Rasa pierwotna”, „Sabotaż”, „Psy nie są złośliwe”, „Osobowość z >>piekłarodem<<”, no i oczywiście „Wizyta u wujostwa”, wzbogacona o fakty znane dotąd tylko nielicznej garstce uczestników tamtych wydarzeń. A na końcu 4 przepisy na pyszności, które piecze się bardzo łatwo, zawsze się udają, i bardzo smakują nie tylko ludziom, ale i psom ras pierwotnych. Nie… WSZYSTKIM PSOM.

…A jeszcze bardziej na końcu jest przepiękne „Posłowie” napisane przez Elę Łukaszek z FAM. Przy którym się poryczałam.

Książka jest już w przedsprzedaży, można sobie obejrzeć i poczytać o czym traktuje. Podam linki, choć się trochę obawiam, że potraktujecie to jak reklamę. Ale…

TO JEST WASZA WINA TA KSIĄŻKA.

Więc teraz reklamacji nie przyjmuję!




niedziela, 15 kwietnia 2012

Jak sobie pościelisz, tak się Luna wyśpi.






Po Świętach Wielkiej Nocy zostało tylko wspomnienie mamusinej babki, schabu ze śliwką i niezjedzone przez Lunę bazie w wazonie. Leniwe chmurne przedpołudnie sprawia, że nasza Lunice zaległa pod niekończącym się suszyć praniem - pewnie w celu zapewnienia sobie odpowiedniego poziomu nawilżenia. Bardzo dobrze, może wyłapie nadmiar wilgoci, a ja zdołam skrobnąć kilka zdań o naszym pierwszym z Luną wypadzie pod namiot.
Atrakcja to była co najmniej podwójna – wojaż zagraniczna i biwakowa zarazem. Mimo koszmarnych prognoz pogody – gradobicie, żaby lecące z nieba, zimno i koklusz – załadowaliśmy niezastąpionego transportera rarytasami wielkanocnymi (jajka w zalewie kminkowej, schab ze śliwką i bez, kiełbaski różniaste, ciasta wszelakie, chrzan, żurawina, zając drożdżowy udający baranka). Tak wyekspediowani ruszyliśmy. Azymut Sulov na Słowacji. Jeszcze przed wyjazdem popełniając wszelkich formalności Luna została posiadaczem paszportu ze stosownymi adnotacjami i naklejkami. Niestety strefa Schengen odebrała nam przyjemność zafundowania podróżniczce obcojęzycznej pieczęci w jej własnym dokumencie urzędowym. Lunencja całą podróż grzecznie przespała „na pace” mając za legowisko całkiem fajną kołdrę, otoczona bambetlami i wszechogarniającym zapachem mięsiw. O dziwo ładunek jedzeniowy w stanie nieumniejszonym dotarł do celu. Widocznie psina pojęła, że takie smakołyki wymagają większej celebracji i oprawy w konsumowaniu. Miała rację. W niedzielę na świeżym, by nie rzec mroźnym powietrzu smakował jej zwłaszcza: kuper zająca (spadł ze stołu wprost pod łapy, więc musiała się nim - nomen omen - zająć), sos ze schabu (tak to można jeść te psie chrupki), wędzona polędwica – kolega Wojtek się podzielił, nutella – ktoś nie wylizał łyżki i pewnie jeszcze inne dobra, o których w ferworze walki umknęło jej nam wspomnieć.
Przyznam szczerze mieliśmy obawy jak Luna zareaguje na konieczność nocowania w namiocie. Co prawda wzięliśmy ze sobą jej czerwony kocyk, aby na zasadzie skojarzeń: kocyk – spanie psina załapała, że w namiocie się śpi, jednak wątpliwości nas nie opuszczały. Zwłaszcza, że patrząc na Luni kocyk - kiedyś wytworny teraz dziurawy – istniała też taka możliwość, że namiot podzieli los kocyka i zostanie Luninym gryzakiem. Na marginesie zaznaczam, że nasz namiot nie jest namiotem szturmowym do zdobywania Korony Świata, nie jest też wykonany z włókna kosmicznego. Nie jest nawet solidnym wojskowym namiotem „niedozdarcia”. Jakież było nasze zdziwienie, gdy Luna po zrobionej chyba jedynie pro forma próbie podkopu od środka namiotu, ułożyła się grzeczniutko i wkomponowana w nasze nogi zasnęła. Obudziły ją dopiero poranne pokrzykiwania słowackich dzieciaków. Rewelacyjnie musieliśmy wyglądać wykluwając się z malutkiego namiotu najpierw wielki pies, potem ja, na końcu Karol. No i jeszcze duża kołdra – ta na której Luna leżała podczas podróży. Powiem tylko, że zimnica była zacna – dość, że Lunie zamarzła woda w misce...
Po porannym obchodzie obozowiska Luna nawiązała znajomość ze słowackim owczarkiem niemieckim. Po kilku szaleńczych rundach z przeszkodami w postaci strumyka, ogrodzenia i płotków owczarek schował się do swojego kojca najwidoczniej w celu regeneracji nadwątlonych sił. Lubiąca zwiedzać Luna odwiedziła też sąsiednie podwórka, boisko szkolne i szeroko rozumiane chaszcze. Jednak gdy zza jednego z krzaków wróciła z damską gustowną częścią bielizny stwierdziliśmy, że trzeba te jej inspekcyjne wypady ukrócić.
Jako, że wyjazd był z założenia wspinaczkowy Luna liznęła - w każdym tego słowa znaczeniu – trochę technik linowych i zapoznała się z podstawami asekuracji. Najbardziej jednak podobało jej się analizowanie zawartości plecaków przygodnie poznanych wspinaczy. Musiała przecież sprawdzić, czy stosowany przez nich sprzęt ma wszystkie wymagane atesty. Nie chwaląc się nasz pies pod względem wspinaczkowym jest bardzo pojętny. Zaczyna dostrzegać niuanse dotyczące stylów przejść dróg wspinaczkowych (OS, RP, TR), rozróżnia które komendy są kierowane do wspinających się – „blok”, „mam auto”, które do niej – „podziel się tym batonikiem skoro go już wyżebrałaś od kogoś”, a które do wszystkich: „uwaga lina!”. Musimy jeszcze trochę popracować nad komendą „nie depcz liny”, która dotyczy zarówno psów jak i ludzi. No i żeby Luna odróżniała linę, która nadal pełni funkcje wspinaczkowe, od tej zaadoptowanej na potrzeby jej smyczy....Zasadniczo pobieżnie ma dziewczyna potencjał. Będzie co robić na kolejnych wyjazdach.





sobota, 24 marca 2012

Lunie fascynacje czyli pies też człowiek




Wygląda na to, że Luna na dobre się u nas zadomowiła. Ostatnie pozory respektu i szacunku zniknęły, a to za sprawą kuchennej leżanki. Psia spryciula aby pokazać, że akceptuje nowe warunki lokalowe zaanektowała któregoś ranka niezamieszkałą jej zdaniem kanapę. Ledwo ją siłą intelektu i odrobiną marchewki zwlekłam z ludzkiego legowiska, bo już groziła mi poranna kawa na stojąco. Aby zapobiec w przyszłości podobnym ekscesom za radą doświadczonej właścicielki dwóch krnąbrnych malamutów popsikałam obficie kanapę renomowanym specyfikiem. Zgodnie z instrukcją obsługi miał on przy pełnej nieszkodliwości dla ekosystemu i lodów Arktyki trzymać mojego pupila z dala od powierzchni nim uraczonej pozostawiając przyjemny dla mnie cytrynowy zapach. Nie wiem czy to była cytrusowa bryza czy raczej zapach dezodorantów z początków lat 90tych, dość że na mnie preparat zadziałał zaskakująco skutecznie – opuściłam pomieszczenie z kanapą i poszłam się wietrzyć przy myciu okien. Gdy po chwili zerknęłam do kuchni - ot tak bez przyczyny - zobaczyłam Lunią mordkę z rozkoszą wtuloną w koc jeszcze wilgotny od odstraszacza. Reszta Luny leżała na kanapie. Konkluzja – gdy spodziewamy się niespecjalnie mile widzianych gości siedziska dla nich przewidziane spryskujemy owym preparatem. Do nabycia w dobrych sklepach zoologicznych.
A tak z zupełnie innej beczki.....niedawno odwiedził nas zaprzyjaźniony strażak. Ubrany w mundur, z wzorową postawą zrobił na naszej psiej pannie piorunujące wrażenie. Zazwyczaj nieufna wobec obcych, w szczególności mężczyzn, tym razem Luna pozwoliła się od razu pogłaskać, pokazała większość opanowanych komend i jeszcze wycałowała naszego strażaka jakby szedł na wojnę. Bez smakołyka w zamian!! A to wszystko patrząc mu z rozanieleniem w oczy! A na koniec uciekła za nim aż na schody i siłą ją trzeba było zaciągać do domu. Służby mundurowe najwidoczniej Lunie przypadły do gustu. Nic to, jutro jedziemy na skały, może ciężka praca wspinacza też jej zaimponuje. Bo przecież pies powinien być dumny ze swoich domowników, a żaden z nas strażakiem niestety nie jest....Poza tym myślę, że to była tylko chwilowa młodzieńcza fascynacja, a prawdziwą miłością Luny są...rowery i podmokłe plenery. Ale o tym następnym razem.





poniedziałek, 19 marca 2012

Epizod III

Kto by pomyślał, że to już dwa tygodnie minęły odkąd Luna została Tarnogórzanką. A na dodatek dziś są Jej urodziny! Właśnie leży przy Karolu i wsuwa pestkę z grejfruta, którą ten niebacznie upuścił. Luna w ogóle jest naczelnym konserwatorem powierzchni nie tylko płaskich w naszym domeczku - dzięki Niej każda bliższa sercu rzecz grzecznie leży na swoim WYSOKIM miejscu, a jak nie leży, to już i tak długo nie poleży i będzie posprzątana. Wracając do Solenizantki, zdaje się, że już całkiem zadomowiła się na Górnym Śląsku i wyje tylko wespół z przejeżdżającymi na sygnale karetkami, ale to przecież zrozumiałe.W prezencie urodzinowym Luna dostała swoją własną skórzaną piłkę do zmaltretowania  (zjedzona została już pamiętająca zimowe zawieruchy socjal rękawica z kożuchem oraz miś nie-dla-malamutów) oraz długi spacer po polach. W rolę gości proszonych wcielili się Mila i Youkon - malamuty Maji, dzięki której "obsługa" naszego północniaka w pierwszych dniach poadopcyjnych miała zdecydowanie bardziej fachowy charakter. Nieoceniona była i jest nadal Anioł Stróż Asia - pewnie całkowicie zapchałam jej telefon esemesami w stylu - Luna lodołamacz, Luna śpi z Karolem przy kominku, goni motyla - tego pierwszego cytrynowego oj, zjadła tuńczyka - sama jaka zdolna, zjadła misia, nie zjadła butów huraa!Tak naprawdę to przez te dwa tygodnie odkąd Psiak stał się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny tyle się wydarzyło, że chyba musiałabym wypunktować skrótowo co ciekawsze sytuacje, żeby dać pełny obraz naszej nowej rzeczywistości. Chyba w trzech słowach można to ująć tak: BEZPOWROTNIE UTRACONA NUDA!
Śpi sobie teraz na swoim czerwonym kocyku i tylko uchem porusza na znak, że czuwa, bo przecież jeszcze 8 minut JEJ DNIA i może się załapie na jakiegoś nadprogramowego smakołyka - śmierdziela. Śpij mała śpij, jutro czekają Cię wielkie rzeczy...bylebym tylko po powrocie z pracy nie znalazła śladów łap na suficie, chociaż z drugiej strony takie łapy - Lunie łapy to okrutnie fajna sprawa.















sobota, 10 marca 2012

Lataj wysoko


Maleńka,

Jestem z Ciebie taka dumna. Znalazłaś dom, SWÓJ WŁASNY, i Mamę i Tatę, którzy bardzo Cię kochają. Pamiętaj bądź sobą i nigdy się nie zmieniaj. Pokaż im wszystko czego się u nas nauczyłaś: szeroki uśmiech, zabieranie kołdry z łóżka, buziaki z dowolnej okazji, żebractwo i przyjazny charakter, szalone galopy przez pola i las, i wyobraźnie łobuza w spódnicy, złodziejstwo, aportowanie piłeczki, znikanie kanapek, spijanie drinków, rozszarpywanie misia, uwielbienie dla czekolady i spanie na kanapie, kiedy nikogo nie ma w domu…
Pokaż im jak umiesz być Wspaniałym Psem z Napędem Atomowym. Jak kochasz życie. I jak uwielbiasz ludzi, psy, koty, pokój na ziemi i życie w dużym stadzie.

Tylko gołębie zostaw w spokoju… Niech sobie latają. Wysoko. Jak TY.

Całusy,
Twoja ciocia Asia

PS.
To mój ostatni wpis o Lunie. Teraz suczka ma nowy dom i bardzo fajnych rodziców. Wiem, że jest szczęśliwa i hołubiona jak jedyne dziecko w rodzinie. Choć to się wydaje nieprawdopodobne, jej Eskimosi lubią ruch nie mniej niż ona, i nawet kilka razy udało się im zmęczyć tego Psa z Napędem Atomowym. Wyobrażacie sobie? U nich Luna rozwinie skrzydła. Kto wie, na co ją jeszcze stać. 

Mama Luny, Magda, obiecała czasem napisać nam o niej na Blogu. Trzymamy za słowo! Luna, to małe diablę, wciąż ma głowę pełną pomysłów, które, mam nadzieję, jeszcze nie raz rozbawią nas do łez.

środa, 29 lutego 2012

canis lupus familiaris

Czego się spodziewamy kiedy głos Krystyny Czubówny z telewizyjnego odbiornika oznajmia, że „oto będziemy świadkiem polowania w czasie którego canis lupus familiaris zabije przedstawiciela gatunku columba livia domestica”? Rzucamy wszystko i biegniemy obejrzeć pięknie sfilmowane sceny pościgu, obrazy walki w HD, i w końcu wielki finał: triumf drapieżnej siły pokazany przez kamerzystów z chirurgiczną precyzją…

Zupełnie inne wrażenie powstaje kiedy to JA krzyczę do męża z dużego pokoju:
- Pomocy! Szybko! Luna ma w pysku gołębia!

Wypadam na taras, gdzie Luna zdążyła już się rozsiąść i zabrać do pałaszowania... Biorę w ręce białe skrzydło i próbuję wyrwać je oraz wszystko z czym jest połączone z pyska mojej canis lupus… Szybko okazuje się, że niewiele jest już zostało z gołębia. Choć skrzydło jest jeszcze ciepłe i pachnie gołębim potem, oprócz niego widzę tylko trochę korpusu, kawałek szyi, dwie łapki i… gołębie serce, które jak wyrzut sumienia wyziera z dziury po klatce piersiowej…

Robi mi się niedobrze i jakoś tak… niezbyt… ale nie puszczam, bo choć gołębia nie da się uratować, to nie chcę dodatkowo stracić też psa po tym jak się naje ostrych drobiowych kości. Luna widzi, że to nie przelewki. Próbuje oderwać jak największy kawałek mięsa zanim utraci prawo do przysmaku. Mąż staje w progu jak wryty widząc dwie łagodne skąd-inąt samice walczące zaciekle o maleńkie ciałko i piękne białe, anielskie skrzydło… Ale osłupienie trwa tylko na chwilę i mój samiec Alfa przychodzi mi z odsieczą. Zawiedziona Luna w końcu się poddaje. Mąż idzie zutylizować szczątki, a ja – odnaleźć miejsce zbrodni. Bo nie mogę uwierzyć że ta śliczna, słodka, maleńka dziewczynka mogła zabić i zeżreć na miejscu takiego pięknego ptaka!

Luna najpierw odprowadza męża, ale kiedy okazuje się, że szczątki wylądują na łące za płotem, gdzie nie da się ich już dopaść po raz drugi, unosi dumnie ogon i głowę i biegnie za mną, pokazać mi gdzie wydarzyła się tragedia. Wyprzedza mnie i prowadzi na miejsce. Dziękuję bardzo – nawet bez pomocy bym je znalazła. Za kaskadą, w trawie widać kałużę krwi oraz krąg białych pór i pierza. Podchodzę bliżej i znajduję maleńki łepek. To musiał być rasowy gołąb. Cały biały, z piękną głową i takimi jakby loczkami… Łapki miał błękitnawe z białymi puchatymi „portkami” i długie eleganckie lotki. Robi mi się jeszcze gorzej, bo to na pewno był ptak domowy, który nie spodziewał się niczego złego po ludziach… Ani, jak widać, po psach…

- A jak to był gołąb jakiegoś prawnika, i teraz będziemy go musieli przez 20 lat w ratach spłacać? – zaczęłam zastanawiać się na głos, kiedy po powrocie do domu usiadłam z mężem przy kubku herbaty, żeby trochę ochłonąć i zebrać myśli…
- Nie, prawnicy raczej nie hodują gołębi.
- Ale on był domowy. Na pewno. Piękny był… Pewnie drogi... I może ktoś go kochał…
- A skąd ty wiesz, że był piękny, jak widziałaś tylko… kawałek?
- No bo miał piękną głowę. I pióra.

Mąż popatrzył na mnie ze współczuciem domyślając się, że na miejscu zbrodni znalazłam coś, o czym dotąd nie wspomniałam. Zamilkliśmy na chwilę. Ja myślałam o tym, że szkoda takiego pięknego ufnego ptaka co nie bał się ludzi, a mąż…

- Ale taki ptak nie może chyba więcej kosztować niż ze 3 tysiące... - przerwał milczenie - Ech, bez paniki... - uspokoił po chwili sam siebie -  jak się ktoś zgłosi, to najwyżej zamiast ratę kredytu na dom zapłacimy za gołębia…  W banku zrozumieją…
- To ty nie rozumiesz! Mi SZKODA tego ptaka! – odpowiedziałam oburzona tym materialistycznym podejściem.
Mąż zastanowił się chwilę. A może zresztą to była pauza, żeby mnie bardziej skupić na tym co miał do powiedzenia...
- Popatrz na to tak: mamy niesamowitego psa! Takiego ptaka trudno schwytać przecież, trzeba być szybkim, zwinnym, cichym… Wspaniałym, sprawnym drapieżnikiem trzeba być. I Luna taka jest. Niesamowita! No to podziwiaj, zamiast się zamartwiać!

Miał rację. Psy domowe, to jedyne drapieżniki na ziemi, które potrafią stworzyć stado z innym gatunkiem, nauczyć się międzygatunkowej komunikacji i tak zasymilować, że ten inny gatunek… no właśnie. Że ten inny gatunek, homo sapiens, przestaje zauważać, że psy to zwierzęta. Nadajemy im imiona, ubieramy w ubranka, rozmawiamy z nimi przy śniadaniu… Uważamy je za puchate skrzyżowanie dziecka i japońskiej zabawki. A tymczasem canis lupus familiaris, czyli psy domowe, to nie ludzkie dzieci, tylko drapieżniki, zwierzęta, które po prostu, na swoją szkodę, posiadły fenomenalną umiejętność współżycia z ludźmi.

Przestałam się boczyć. I zaczęłam być dumna z Luny. Choć szkoda mi było gołębia, musiałam przyznać, że nie łatwo upolować ptaka jak się na do dyspozycji tylko kły i pazury. I żadnych skrzydeł czy strzelby... Człowiekowi by się nie udało! Zaczęłam się nawet zastanawiać, jak my w ogóle zdołaliśmy przetrwać jako gatunek…

Luna też była z siebie dumna. Za każdym razem kiedy znalazła frajera, który dał się wyciągnąć na ogród prowadziła go w miejsce zbrodni:
- Patrz, tu się to wydarzyło! To ja to zrobiłam! Całkiem sama! Nieźle co?!
Raptor musiał oglądać krąg białych piór ze 100 razy. Za każdym razem spokojnie, metodycznie obwąchiwał każde pióro i każdy centymetr gruntu, wyrażając tym Lunie szacunek i uznanie. A ona pękała z dumy.
Ja też byłam prowadzona w tamto miejsce, bo chwalenie się zabójstwem było ewidentnie przyjemniejsze niż gra w piłkę.
- No chodź, zobacz, powąchaj. O tutaj. W tym miejscu jest najwięcej zapachu. No sama powiedz. Mistrzunio jestem, prawda?! Raptor mówi, że szacun!! - mówiła Luna kiedy udało jej się zaciągnąć mnie za kaskadę.

 Przez kilka dni zagadka pochodzenia gołębia nie dawała nam spokoju, aż któregoś dnia wieczorem córka z komórką w ręce, zbiega do nas ze swojej samotni:
- Zgadnijcie czyj był ten gołąb?! – oznajmia triunfalnie, bo ona wie, a my jeszcze nie.
- Nie wiemy – mówię, lecz spoglądając na komórkę w jej dłoni powoli kojarzę fakty – sąsiadów?

To dość niedorzeczne tak myśleć, bo znam naszych sąsiadów. Nie hodują gołębi…

- No właśnie! Sąsiadów. Wujek Dagmary miał stado, ale się rozchorował i już nie mógł się nim zajmować. Wysprzedał więc wszystkie i zostawił sobie tylko 4 sztuki, czempiony same, bo nie mógł się z nimi rozstać. I ten wujek właśnie się do Dagmary wprowadził. I wypuścił te gołębie i teraz nie może się ich doliczyć. Trzy mu zostały. I Dagmara właśnie dzwoniła, czy nie widziałam takiego białego…

Zbledliśmy. Jak się mieszka w domu, to z sąsiadami lepiej nie zadzierać. A jak twój pies zeżre gołębia  sąsiadów to zadarte jest jak w banku. I może się skończyć jak w Samych Swoich – wojną domową na 3  pokolenia.
- Ale ty nie powiedziałaś Dagmarze, że wiesz co się stało z tym czempionem numer 4?
- No właśnie tak sobie pomyślałam, że nich ona najpierw powie swoje, to ja jej potem opowiem o Lunie i gołębiu… Ale jak powiedziała o wujku, to nic nie wspomniałam i przyszłam się was zapytać czy mówić.
- NIE MÓWIĆ! – krzyknęliśmy chórem.
- A ten wujek to prawnik? – chciał się jeszcze wiedzieć mąż.
- Nie wiem. Chyba jakiś emeryt.
- Tak. To i tak nie mów. Dla niego lepiej… żeby myślał, że ten gołąb żyje i… jest wolny… no wiesz…
- Wiem. Nie chcecie, żeby jakaś draka z tego była. Bez obawy, nie powiem. – oznajmiło dziecko i poszło grać w komputerową strzelankę…


Canis lupus familiaris, w różowej sukience z mojego podkoszulka, którą jej założyłam w celu nie-lizania ranki na barku, i w której wygląda jak skrzyżowanie dziecka i japońskiej zabawki, poszła z córką. Jak drapieżnik z drapieżnikiem. OK. Jak już mają zabijać, to lepiej w wirtualu…

wtorek, 28 lutego 2012

Wielka Radość


Nie wiem skąd, ale psy zawsze wiedzą. Może zauważają te kilka więcej spojrzeń na minutę, może zmienia nam się głos. A może inaczej pachniemy, kiedy my sami się dowiadujemy… Nie wiem co to może być, ale jest na pewno, widoczne jak znamię na naszych twarzach. To coś po czym psy poznają, że w ich życiu stanie się coś ważnego.

Zaczęło się od miłej rozmowy. Z rodzaju takich, w czasie których coś fajnego zaskakuje i wydaje się, że tę osobę zna się bardzo długo. Po tym się chyba poznajemy, my Eskimosi. Nawet jak nie mamy przy sobie naszych psów. Ba! Nawet jak ich jeszcze nie mamy w ogóle, to i tak wyczuwamy się z daleka, jak członkowie jakiejś tajnej organizacji...

Kiedyś byłam na zawodach Frisbee. Pełno tam było ludzi. Tysiące. Stałam, patrzyłam, podziwiałam… A obok stała jakaś dziewczyna, która też patrzyła i miała taką minę… Taką jakby znajomą… Uśmiechnęłyśmy się do siebie, a ja powiedziałam:
- Dla mnie to kosmos, mój pies nawet jak za piłką biega to tylko po to, żeby mi pokazać gdzie spadła… Jakbym przypadkiem zamierzała sama sobie po nią pójść i aportować.
- Hmm... Mam to samo. U mnie jest Husky, a u ciebie?

NO właśnie. Sami widzicie. Tysiące ludzi a ja się uśmiechnęłam akurat do właścicielki Haszczaka…

No więc to tego typu rozmowa była… Nowych-starych znajomych. Telefoniczna.

A potem druga. Tym razem z Paulinką, adopcyjną opiekunką Lunki z FAM:
- I jak ci się podobali? - zapytała zamiast "cześć".
- Wiesz, tfu, tfu, żeby nie zapeszyć, podobali się...
- A Luna? Już wie co się kroi?
...bo Paulinka wie, że PSY WIEDZĄ. Miała na DT więcej psów niż ja w ogóle w życiu. Dlatego lubię z nią rozmawiać. Jej niczego nie trzeba tłumaczyć: ani tego, że można się równocześnie cieszyć i nie-cieszyć, ani tego, że psy WIEDZĄ i stają się takie kochane, że jest jeszcze trudniej, niż by było jakby nie wiedziały... Ani nawet tego, że "trudniej" w dniu adopcji urasta do "niemożliwie" i trzeba się bardzo starać, żeby nie ukryć psa gdzieś w lesie i nie poczekać, aż wszystko przycichnie...
Całej rozmowy nie zacytuję, żeby nie zapeszyć właśnie. Paulince spodobało się, że ta rodzina to aktywni ludzie, idealni dla psa z napędem atomowym. Mi, że kiedy tamta dziewczyna mówiła o swoim owczarku, który odszedł, to miała taki miękki głos… Widać, że bardzo go kochała. Takiej miłości życzyłabym Lunce. No i jeszcze parę rzeczy nam się spodobało, ale nie mogę o nich pisać, bo to niegrzecznie tak ludzi na Blogu obgadywać…

A potem był czas do namysłu, do sprawdzenia wszystkiego przez FAM i… i druga rozmowa. Która zaczęła się od:
- Dzień dobry. Dzwonię, żeby zapytać kiedy możemy przyjechać do psa?
Ta druga rozmowa też była miła. Luna przez cały czas siedziała mi pod nogami i PODSŁUCHIWAŁA. Jak tylko skończyłam, to od razu skomentowała:
- Uuuuuuuuu. Auuuuu... Hauuuaouuułaaaauuułaaaa.
Przetłumaczę dla Was, bo wiem, że nie wszyscy mówią w suahili. To znaczyło mniej więcej coś takiego:
„Co tyle czasu gadałaś? I z kim? I czemu słowo Luna padło w rozmowie z 10 tysięcy razy? I po co mi nowa adresówka…? To moja mama dzwoniła????”
- Tak dzieciaku. Twoja mama. Ale jak będziesz niegrzeczna, to nigdzie nie pojedziesz! Zostaniesz tu i już zawsze będziesz musiała oddawać Raptorowi wszystkie piłki!
- Hooouuuuouuuuouuuu… Uuuuuuu!! Ouuuuuu!!!! Uuuaaaauuaaa!
Czyli:
„Mama! Ja cię kręcę!!!! Mama dzwoniła!! MOJA WŁASNA!!!”

No i zaczęło się.
Radość musiała gdzieś znaleźć ujście, więc najpierw życie stracił kocyk. Potem pluszowy szczur, który i tak już wcześniej został wielokrotnie zabity, więc chyba go to nie obeszło. Ale Radość była tak ogromna, że nie mogła się pomieścić w naszym małym domku i wymagała wypuszczenia na ogród. Otworzyliśmy drzwi i Radość wypadła do ogrodu jak bomba, popędziła na koniec, naszczekała na stary dąb, wykopała sztolnię w warzywniaku (ale jej nie podparła i teraz mamy po-wydobywcze osuwisko), zasadziła się na Raptora i… dostała od niego opiernicz... więc zamiast na Raptora napadła na piłkę…

I jakoś nie mijała…

Teraz ogród mamy do remontu. A Radość śpi sobie w kąciku, na czerwonej poduszeczce. I wygląda jak Aniołek.

W jej imieniu proszę – trzymajcie kciuki. Trzymajcie mocno i nie puszczajcie, bo TAKA Radość zasługuje na to, żeby się w końcu udało!

środa, 22 lutego 2012

Co rośnie na Alasce


Nigdy nie byłam na Alasce. Żałuję oczywiście, bo moje psy twierdzą, że tam jest ekstra. One wprawdzie też tam nie były, ale Alaskę mają w genach, to wiedzą. Tak sobie na nie patrzę i myślę, że to musi być rzeczywiście ciekawe miejsce…

Np. pogoda:
Według moich psów na Alasce zawsze jest śnieg. I nigdy, ale to nigdy, nie ma tam obrzydliwego lata. Nikt tam psów nie kropi kroplami na pchły, bo pcheł też nie ma, ani kleszczy, a nawet jak są, to Eskimosom z Alaski NIE PRZESZKADZAJĄ. Raptor twierdzi dodatkowo, że cała Alaska jest zalana wodą, taką do kolan, zimną i czystą, w której można stać, brodzić, chłeptać, parskać, pluskać… Luna nie jest pewna, co do wody. Uważa, że jeśli na Alasce jest jakaś woda, to w postaci śniegu i kałuż z błotem. Za to oba psy są zgodne, że nie ma tam ani jednego prysznica – i nikt tam nikomu nie myje łapek po spacerze, a już na pewno nie całego psa.

Na Alasce psy śpią w łóżkach ze swoimi Eskimosami. I nikt ich nie wygania. Tu akurat Luna jest bardziej pewna tych łóżek niż Raptor... Więc może to jednak na Syberii tak jest?

Wielkie śnieżne równiny Alaski są wyłożone padliną. I w dobrym tonie jest się w niej tarzać, zbierać ją z pól i przynosić do domu. I nikt z tego wielkiego halo nie robi i psom padliny z pyska nie wydziera! A w ogóle to na Alasce psy, ale żebym wiedziała, że WSZYSTKIE, mogą chodzić utytłane w śmierdzących smrodach, które znalazły sobie na polach. I nikt ich z tego powodu pod prysznic nie wpycha. Kto znajdzie bardziej śmierdzące smrody do wytarzania, ten jest większy gościu. I szacun się należy, a nie prysznic!

Panują też inne zwyczaje żywieniowe:
1.    Psy dostają do jedzenia drób. Luna twierdzi, że żywy, Raptor, że może być też martwy, bo w jego wieku już się tak gonić nie chce. Ale żeby nie był przypadkiem zepsuty żadnym gotowaniem czy przyprawami. No, ewentualnie rosół też może być… Za to na pewno nikt na Alasce żadnych chrupek nikomu jeść nie każe!
2.     Z całą pewnością psy mogą tam też pić alkohol. Ba, mili Eskimosi SAMI CZĘSTUJĄ i nawet żebrać nie trzeba… Luna uważa, że pija się tam głównie ajerkoniak i rum, zwłaszcza ten droższy. Raptor twierdzi, że piwo Tyskie.
3.    Ponadto, i tu oba są zgodne, na Alasce, psy CODZIENNIE dostają marchewek TYLE ILE CHCĄ, słonecznika w skorupkach TYLE ILE CHCĄ i uszy królicze PO RÓWNO KAŻDEMU.
4.    I każde jedzenie, które trafia do psiej miski jest posmarowane masłem. BARDZO GRUBO!

Absolutnie niesamowita jest też flora Alaski! Studiowałam internet, ale w Wikipedii nie mają o tym pojęcia. Muszę im sprostowanie napisać, żeby świat się przestał mylić.
Otóż:
1.    Na Alasce rosną mandarynki. Raptor twierdzi, że są ich całe pola. I psy mogą je jeść kilogramami. A Eskimosi całymi wieczorami obierają je psom. Zdania są trochę podzielone, bo Luna uważa, że to nie są mandarynki tylko banany, i to nie całe, a jedynie skórki... Za to jest pewna, że na Alasce w rzekach i psich miskach nie ma wody (bo każdy przecież wie, że wodę to piją bydlęta), tylko sok malinowy. Są tam morza całe i jeziora soku malinowego. Ewentualnie truskawkowego. I to piją psy, a woda… to już pisałam: jest dopuszczalna tylko w postaci błota lub śniegu!
2.    Są tam też rośliny, jest ich mnóstwo i Luna twierdzi, że plenią się niczym chwasty, które smakują jak czekolada i maślane ciasteczka. Rosną w śniegu i psy, ale żebym wiedziała że WSZYSTKIE, się tym żywią. CAŁY CZAS. Po prostu muszą to jeść, bo czekolada i maślane ciasteczka, zwłaszcza te z waniliowym nadzieniem, to niezbędny składnik diety psa. I Eskimosi z Alaski TO SZANUJĄ. Ci z Alaski. W przeciwieństwie do co-po-niektórych z Nie-Alaski, co to psom, na szkodę ich zdrowia i życia, po jednym maleńkim ciasteczku wydzielają i po kosteczce czekolady. Jak wiadomo, że to za mało jest. O jakąś paczkę za mało!
3.    A między tymi roślinami, zamiast trawy rośnie pietruszka naciowa. I to dlatego Raptor mi ją przy ziemi jednym kłapnięciem kosi, jak tylko wiosną posadzę w warzywniaku. Takie ma GENETYCZNE UWARUNKOWANIE. Wcale nie z łakomstwa, a już na pewno nie ze złośliwości. No, bo przecież chyba widzę, że innych ziół nie rusza!
4.    I oba przysięgają, że na Alasce, specjalnie dla psów, sadzi się całe pola ogórków. MAŁOSOLNYCH…

Całe jedzenie rośnie pod ziemią i żeby je zdobyć TRZEBA kopać głębokie doły. Wiele dołów, ile się tylko chce. I nikt się o to nie obrusza!

Z innych rzeczy, z których słynie Alaska, są na przykład słynne wyścigi w celu upolowania drobiu sąsiada, rywalizacja, kto najszybciej zmęczy Eskimosa, głuchnięcie i ślepnięcie zawsze, kiedy Eskimosi oczekują czegoś, czego się zrobić nie chce. Zdobywa się tam skautowskie sprawności w cichym skradaniu się do kociej miski, potajemnym obgryzaniu sznurówek i nocnych kradzieżach czekolady. 

I podobno nie ma głupich zasad, że na przykład nie wolno być na tarasie jak się tam chłodzą bezy czy biszkopt, albo, że wolno żebrać tylko z odległości metra lub dalej... A już NA PEWNO nie ma zasady, że nie wolno gonić kotów!

Niezłe to musi być miejsce, ta Alaska. Jak zniosą wizy, to koniecznie się wybiorę… Oczywiście malamuty jada ze mną...