Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wędrowiec - fantasy w odcinkach Jolanty Kobieli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wędrowiec - fantasy w odcinkach Jolanty Kobieli. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 września 2014

21.07 Wędrowiec, przejście.




          Ranek zastał go rozedrganego, umęczonego całonocnymi rozmyślaniami. 
Później było jeszcze gorzej, nie mógł sobie znaleźć miejsca, snuł się po pałacu jak lunatyk nie widząc i nie słysząc tego, co działo się wokół. Nie potrafił się na niczym skupić.
Spadkobiercy zakonu Horacego nie zdobyli się na żaden widoczny ruch, nie sprowokowali go, nie dali pretekstu do działania. Cała ta sprawa była zbyt mroczna i niepokojąca. Obawiał się, że te przerośnięte myszy mogą nieźle narozrabiać, gdy kocura tu nie będzie. Niby mógł uderzyć prewencyjnie, ale to mogło przynieść więcej szkody niż pożytku. Dręczył go ten zakon, nie lubił zostawiać za sobą niezałatwionych do końca spraw, a ta cuchnęła na kilometr.
      Co gorsza, choć nie chciał się do tego głośno przyznać, perspektywa samotnej wędrówki psuła mu humor. Przez ten krótki czas poczuł się tu jak w prawdziwym domu, takim, o jakim całe życie marzył. To niewiarygodne, że ta przypadkowa zbieranina ludzi okazała się być tak bliska jego sercu, stała się jego prawdziwą rodziną. Stało się to mimochodem, od niechcenia, gdy wcale o to nie zabiegał, a teraz miał wrócić do prawdziwego domu. Tylko, po co? Z tamtej strony mógł przecież zaznać obojętności i niezrozumienia zamiast tkliwej miłości rodzicielskiej. Istniała możliwość, że wyidealizował wspomnienia z przeszłości. Z tęsknoty oblał lukrem i pozłocił te kilka obrazków zapamiętanych z domu rodzinnego. Z drugiej strony wyrósł, jest dorosłym mężczyzną ale czy spełni oczekiwania rodziców, czy może odrzucą go jak obcego?
Myśl, że komuś z pałacu róż stanie się krzywda albo, co gorsze ktoś zginie w czasie jego nieobecności sprawiała, że przed oczami latały mu czarne płaty.  Nigdy by sobie tego nie wybaczył, nosił już w sobie takie brzemię. Śmierć Hadwigi prawie doprowadziła go do szaleństwa, więcej nie był wstanie udźwignąć. 
           Podświadomie szukał powodów by zostać i wiedział, że nie znajdzie takiego, który potrafiłby go zatrzymać. Szukał kotwicy by nie zniosły go za daleko fale zmian, nie chciał skończyć na bezludnej wyspie, oszalały i samotny. W miejscu gdzie nikt go nie będzie w stanie zrozumieć. Nie potrafił się jednak przełamać, rzucić wszystkiego w diabły i utonąć w ramionach dziewczyny o srebrzystych włosach. Zasłużył na odrobinę szczęścia.
Płaszcz niepokojąco falował na wieszaku, już nie wzbudzał w nim zachwytu, przerażała go magia zaklęta w materiale. Żył własnym życiem, potraktował to, jako ostrzeżenie. Nic nie jest tym, na co wygląda, a najlepsi kompani potrafią wbić nóż w plecy przy sprzeczce o następny kufel. Co mogła przygotować dla niego ślepa staruszka wykarmiona przez lwy? Wyobraźnia odmówiła współpracy.
Miał wrażenie, że pętla się zaciska, coraz trudniej było oddychać, uśmiechy były sztuczne, wymuszone a słowa brzmiały fałszywo.
         Wszyscy chodzi jak struci, nawet Numi skurczył się i był dziwnie drażliwy. Babcia ukradkiem obcierała łzy, a młodzi patrzyli na Wędrowca z żalem. Bohater zawsze ma pod górkę. Tym razem nawet nie będzie nagrody czy pieśni wychwalającej mądrość i męstwo a upragnione ramiona będą daleko niedostępne.
          Nie zszedł na kolację, myśl o grobowym nastroju całego towarzystwa skutecznie odebrała mu apetyt. Zresztą i tak by nic nie przełknął.
          Po kolacji niechętnie wystroił się te łażące. dziwne litery. Psy usiadły rzędem tuż przed jego butami, by niespodziewanie zadrzeć łby do góry i zawyć. Od tego żalu w ich głosie mało mu serce nie pękło, nie spodziewał się takiego pożegnania. W kieszeni klucz ciążył niemiłosiernie miał wrażenie, że waży z tonę albo jeszcze więcej.
                   Siedział sam jak kołek w ścianie, psy zawodziły, patrząc na niego jak na jakieś dziwadło. Tak jakby się zmienił, zdradził je i pozostawiał na poniewierkę. Nawet one go nie rozumiały.  Wyczuły, że tym razem zostają, że wyrusza sam.
        Jak skazaniec zszedł do holu, czekali już na niego.
Posępni gotowi do walki.
Nie planował tego, sami postanowili mu towarzyszyć.
Dziwny to był pochód, trochę nieprzyjemnie skojarzył mu się z konduktem pogrzebowym.
Cieszył się, że nikt nie zawodził i nie płakał, bo wtedy mogłoby mu nie starczyć odwagi by dociągnąć to do końca.
         Jak na złość zaczęło kropić. Rzadkie wielkie krople uderzały i głośno rozpryskiwały się na ich głowach i ubraniach.
        Doszli do kręgu Opiekun miał wrażenie, że pod jego płaszczem przemieszczały się w wściekłym tempie i we wszystkich kierunkach, co najmniej trzy mrowiska.
Nie było odwrotu.
Omijali się wzrokiem, nie padło ani jedno słowo.
        Dziewczyny niemrawo i bez przekonania rozpoczęły jakiś rytualny taniec. By dać się ponieść melodii, którą miały w głowach. Ich ciała wyginały się niczym trzciny na wietrze, to znów zalotnie kołysały biodrami i potrząsały głowami.
Numi wyznaczał rytm przytupując nogą.
          Wędrowiec czuł się jak głupek, stojąc z uniesioną uzbrojoną w sztylet dłonią. Nie miał jednak odwagi zaprotestować, gdy Lilidia tak ustawiła jego rękę.
Miał już wszystkiego dość, gdy Numi krzyknął.
-TERAZ!
          Walnął z całej siły w przestrzeń przed sobą, na wysokości twarzy. Nożyk niemiłosiernie palił mu dłoń.
Coś huknęło, potężne wyładowania prawie go ogłuszyły. Wolną ręką przetarł oczy i walnął w ucho a potem przełknął ślinę. Pomogło, wrócił słuch. Wokół jego ręki powietrze stało się krwisto-czerwone i takie jakby galaretowate.
Dziwna plama kilka centymetrów przed jego oczami zaczęła pulsować niczym żywe serce. Zawahał się i gdyby nie zimna krew Świetlistego przegapiłby dogodny moment.
-KLUCZ!- Ryczał Numi- DAWAJ KLUCZ!!
         Mechanicznie sięgnął do kieszeni, palce natychmiast wyczuły wisiorek Katji. Złapał go, wbijając palce między druciki i błyskawicznie wsadził w coraz mocniej i szybciej pulsującą plamę.
Coś mlasnęło, zimna galareta nieprzyjemnie oblepiła jego ciało. Nie mógł otworzyć oczu, choć bardzo się starał. Strasznie śmierdziało, nie miał pojęcia czym, żołądek fiknął mu kilka koziołków.
        Słyszał jeszcze z oddali echo przeraźliwych wrzasków przyjaciół a potem wszystko ucichło. Tak po prostu przestało nim rzucać i rozdzierać ciało. I wtedy pomyślał że nigdy nie spytał co się stało z rodzicami Hana, umknęła mu tak istotna sprawa to był błąd nawet nie chciał wiedzieć jak wielki. A potem zemdlał


           Ocknął się obolały, leżał na gładkim błękitnym kamieniu, woda obmywała zwisające bezwładnie nogi. Buty miał całkowicie przemoczone. Trzeźwo pomyślał, że miał dużo szczęścia gdyby wylądował odwrotnie pewnie by się utopił.
Nieludzkim wysiłkiem pokonał opór swego ciała, które po kilku próbach udało mu się cudem postawić do pionu.
Wtedy go zobaczył.
        Rajski ptak, plątanina przecudnych barw, kolory mieniły się i połyskiwały nienaturalnie, troszkę jak zorza polarna. Nigdy nie widział czegoś tak pięknego, a jeśli widział to było tak dawno, że zdążył zapomnieć.
Odniósł wrażenie, że on sam nie wzbudził tak ciepłych uczuć. Ptak wypluł niedbale z purpurowego dzioba rozmemłaną pestkę i zaskrzeczał.
-Idziesz w końcu, czy jaja będziesz tu wysiadywał?
     Co miał robić, ruszył śladem nietypowego przewodnika. Gdzieś tam w dali był pałac, w którym się urodził, miejsce, do którego zmierzał przez całe życie. Szedł a w butach pluskała mu woda, nie przeszkadzało mu to zbytnio. Miał nadzieję, że może jeszcze wszystko się ułoży tak jak powinno.
I wcale nie będzie tak źle, bo przecież zawsze może wrócić.

                                                            

                                             Koniec 

środa, 17 września 2014

17.09 Wędrowiec, trudna rozmowa.



-Zależy ci na tych ludziach?
Wydawało się, że Numi jest daleko jego głos odbijał się jak w studni.
-Zawsze mi zależało na ludziach.
-Wiem- Numi wstał powoli- wiesz trochę się boję, ale damy radę, chyba. Zresztą nic nie trwa wiecznie
-Toś mnie podniósł na duchu.
Ale Numiego już nie było nie słyszał, co powiedział Wędrowiec.
       Czekał tu w określonym celu. Ktoś taki jak Numi nic nie robił bez przyczyny, każdy jego ruch miał głębszy sens. Może przesadzał, może niepotrzebnie szukał podtekstu może Numi zwyczajnie chciał ostrzec przed zemstą, niedogodnościami. Dużo wiedział i widział, był kimś, kto mógł go naprowadzić na właściwy trop, albo zwyczajnie powiedzieć nie rób tego to nie ma sensu. Być może chciał tylko porozmawiać z kimś, kto rozumie jak ciężko jest być wrażliwym, gdy się odpowiada za tyle istnień. Obydwaj wiedzieli, że gdy się zbyt zaangażują, prędzej czy później zaczną sterować ludźmi. Zabiorą im wolną wolę i wolność a tego nie wolno im było robić. Nigdy, bez względu na okoliczności.
         W holu ukłoniła mu się uśmiechając nieśmiało młoda dziewczyna. Niemiał pojęcia, kim jest. Była niska, miała piegowatą twarz i zabawny, zadarty nosek, w sumie wyglądała na sympatyczną osóbkę. Już wcześniej mignęła mu przed oczami a to w ogrodzie a to gdzieś w domu. Ciągle zapominał spytać, kto to jest. I co ważniejsze, co robi w pałacyku.
             Lilidia siedziała w salonie z babcią Holocką. Trwały tak sobie w milczeniu, jakby samo obcowanie w swoim towarzystwie dawało im zadowolenie, dziwna więź łączyła te kobiety.
-Witam panie, nie przeszkadzam?
-Ależ skąd.
Babcia na jego widok uśmiechnęła się ciepło. Tak jak powinny uśmiechać wszystkie inne babcie w każdym kraju i w każdej rodzinie.
-Kim jest ta młoda dama, która kręci się po domu, jeśli można wiedzieć?- Zapytał zanim jeszcze pamiętał o piegowatej pannie.
-To córka hrabiego. Ćwiczy z Hanem szermierkę, podobno jest w tym dobra. Bardzo miła dziewczyna- Babci zupełnie z nieoczekiwanie zamigotały złote iskierki w oczach
Najwyraźniej babcia nie widziała w dziewczynie tylko nauczycielki wnuka.
-Dziewczyna go uczy? Co na to hrabia?
To było trochę nietypowe rozwiązanie.
-No cóż, chodzą słuchy, że hrabia miał wyjątkowy talent do białej broni. Los okazał się dla niego niezbyt wyrozumiały i zamiast wymarzonego syna, dziedzica rodziły mu się same córki. Najmłodsza zaś jest damą z ognistym temperamentem i udało jej się namówić ojca by kształcił ją w tym kierunku.
Nie wiedział skąd Lilidia to wszystko wie, przecież nie opuszczała pałacu ani na chwilę.
-Nie wiedzą panie, hrabia zadowolony z uczniów? Czy raczej powinienem go omijać szerokim łukiem?
-Z Wiktora bardzo, mówi, że to geniusz, rozpływa się w zachwytach. Han, no cóż hrabia twierdzi, że być może pisana jest mu kariera wojskowego, jeśli tylko przysiądzie nad książkami. Z tym gorzej ale może córka hrabiego wpłynie mu na ambicję?
-A dziewczyna?
-Z nią podobno sprawa jest skomplikowana. Zamknięta w sobie, strachliwa i na pozór głupia. Jednak, gdy dostała zadanie z matematyki ile potrzeba produktów by urządzić przyjęcie na 100 osób, to była w stanie policzyć nawet nitki makaronu. Hrabia mówi, że gdyby była mężczyzną byłaby świetnym kupcem, albo doskonale prowadziłaby fabryczkę może nawet kilka. Jeśli chodzi o literaturę czy sztukę to podobno nic do niej nie dociera. Hrabia się pytał czy jest w takim razie sens ją dalej męczyć.
       Sprytny ten hrabia znalazł sposób jak wygospodarować więcej czasu dla swojego geniusza, ale nic z tego, tak łatwo się nie wywinie. Gdy Lilidia  opowiadała o dzieciakach olśniło go, zrozumiał, że jeśli wróci, będzie potrzebował dziwnego talentu płowowłosej dziewczyny. Być może nie będzie już nastolatką tylko babcią borykająca się ze sklerozą i gromadą prawnuków, ale będzie mu potrzebna.
-Oczywiście że nie przerywamy na tym etapie jej edukacji. Ma dziewczyna okazję, więc niech się uczy. W tutejszych cechach siedzą sami tępogłowi, może mimo to uda się ją przepchać na zarządzającą jakimś interesem.
-Nie uważasz, że zbyt dużo zmian idzie twoim śladem? -Zaczęła nerwowo stukać długim palcem, a raczej błękitno pomalowanym paznokciem o swoje kształtne kolano, schowane za cienką warstwą materii jej granatowej sukni.
-Lilidia zaopiekujesz się moimi psami?
Już dawno powinien o to zapytać, lecz ciągle się wahał. Nie chciał się rozstawać z przyjaciółmi, ale wiedział, że nie może ich zabrać. Tu jest ich świat.
-Miałam nadzieję, że poprosisz o coś innego, ale jeśli taką widzisz dla mnie rolę to oczywiście zadbam o nie.
       Jej ręka zadrżała, a on przeklinał się w myślach. Wcale nie chciał już wracać do domu, pragnął być przy tej kobiecie. Patrzyć jak zaplata swe srebrne włosy w warkocze, jak zadumana czyta książki. Mógł się z nią sprzeczać, co dnia, przez niezliczone wieki i cieszyć każdą nawet najmniejszą rzeczą. Przypomniał sobie, co czuł wtedy, gdy kwitły świerki i pierwszy krzyk nowo narodzonego dziecka. Tę tkliwość, miłość, oszołomienie nad wszystko chciałby to uczucie dzielić z kobietą siedzącą, obok, ale nie mógł. Nie teraz. Wiedział, że jest największym z idiotów odrzucając szczęście, znienawidzi się za to a jednak znowu ucieka. To jakieś fatum nad nim wisi, nie pozbierał się jeszcze po poprzedniej tragedii a już zgotował sobie następną.
-Muszę iść sam, choć wolałbym mieć przy sobie kogoś, komu ufam, uwierz mi. -Nie popatrzył na nią, zbyt łatwo mogła go przejrzeć.
-Wierzę, ale nie wiem czy musisz być sam.
      Nuty smutku zawisły gdzieś pomiędzy nimi, niedomówienia niczym trujący bluszcz oplotły ostatnie ich wspólne chwile, raniły zupełnie niepotrzebnie. Zawiódł ją, a ona obwiniała się o błędy, których nie popełniła.
-Żałuję, że nie jesteśmy sobie przeznaczeni, naprawdę szkoda Lilidio. Bylibyśmy świetną parą
       Miał zamiar powiedzieć jeszcze parę frazesów, ale gardło odmówiło mu posłuszeństwa.
-Ja też czasami żałuję, że nie jest mi pisana prosta ścieżka.
        Ona wiedziała coś, czego on nie wiedział i jak zwykle nie miała zamiaru nic powiedzieć na ten temat. Po tonie głosu zrozumiał, że mówi nie tylko o sobie, ale też o nim. Wycofał się jak zwykły tchórz, podkulił ogon. Źle mu z tym było. Wszystko poszło źle, a najgorsze, że zdawał sobie z tego sprawę już teraz, zanim się jeszcze mógł wycofać i naprawić błędy.
-Na całej tej awanturze my wyjdziemy najgorzej. Dwoje rozbitków wyrzuconych za nawias i nigdzie nie będzie dla nas miejsca, to smutne. Wiesz, mnie nie szkoda, ale ty musisz znaleźć swoje miejsce i szczęście. Nie możesz się poddać.
-Nigdy się nie poddaję, ale też nie przyjmuję resztek by zatkać dziury w swym życiu.
       Mimo wszystko była w środku jak stal, prawdziwa królowa, przyznał to z podziwem
-Samotność może być siłą. Kiedyś sam prawdziwie w to wierzyłem. Teraz miewam wątpliwości, ale coś w tym jest.
-Żałujesz?
Ta godzina szczerości przyszła nie w porę.  Doskonale wiedział, o co pyta, ale rozdrapywanie starych ran nie było już bolesne, ku jego zaskoczeniu. Skończyła się era Hadwigi w jego życiu. Zawsze będzie pamiętał o niej i na swój sposób kochał, jednak czas przestać płakać.
-Każdego dnia żałuję, nic nie było warte tego by zrezygnować z życia z nią. Najgorsze jest to, że nie uczę się na błędach. -Ugryzł się język wściekły, że powiedział za dużo.
Ona udała, że nie słyszy nie chciała czepiać się jak pijawka tych słów. Czekała na prawdziwą deklaracje.
-Tak myślałam, co będzie potem?
Żałował, że odpuściła tak łatwo, że nie wbiła szpili. Swoim nieoczekiwanym wycofaniem skutecznie zablokowała go, mógłby odburknąć coś nieprzyjemnego, zerwać nić porozumienia. Nie dała mu okazji.
-Ty pewnie wrócisz do swoich, to jedyne rozsądne wyjście.  Ja zaś się będę błąkał jak potępieniec szukając sensu życia i choć nie bardzo mi się to podoba taki nasz los.
-A oni?
Zrobiła nieokreślony ruch ręką.
-No cóż zostaną kowalami swego losu.
-Myślę, że do tej rozmowy wrócimy.  Na pewno zatęsknisz tam gdzieś w innej rzeczywistości do nas maluczkich. Wszystko może się zmienić, już się zmienia, ale ty nie chcesz jeszcze tego dostrzec. Gdy wrócisz łatwiej będzie się nam porozumieć. Tak myślę.
        Nie oszukiwał się, w tej chwili nie potrafił, był tylko zagubionym niedorajdą ukrywającym się za swoim powołaniem. Nie wiedział czy ona intuicyjnie wyczuła strach, który niczym robak gryzł jego duszę. Czy może też bała się tego, co przyniesie wszystkim jego wyprawa. Każdy boi się nieprzewidywalnych zmian, a najwięcej tacy jak on czy Numi, mogli bezpowrotnie stracić wszystko. Przegrani, zapomniani, wegetujący gdzieś na marginesie.
-Pamiętaj o moich psach, dobrze?
Nie chciał wywlekać na światło dzienne egoistycznych podszeptów podświadomości. Jeszcze bardziej nie chciał by domyśliła się o kiełkującej w jego sercu miłości. Było by im jeszcze trudniej

Właśnie teraz, gdy był o krok, dopadło go zwątpienie, które paraliżowało, zniekształcało perspektywy. Tysiące razy zadawał sobie pytanie, po co mu to wszystko. Wątpił czy będzie umiał odnaleźć się w innych okolicznościach i żyć bez swojej uprzywilejowanej pozycji. Bez tej całej otoczki, z którą mu tak wygodnie. Czy będzie umiał żyć bez miłości czy drugi raz uda mu się powstać ze zgliszczy?

niedziela, 14 września 2014

14.07 Wędrowiec, porządki

     


   Już dawno wściekłość nie wzburzyła, spiętrzyła niczym wir czy wodospad jego krwi. Potoki czerwieni pędziły w niebezpiecznie nabrzmiałych korytach żył. Czuł się tak jakby za chwilę miał eksplodować, rozprysnąć się na miliony kawałeczków. Nie musiał wysilać wzroku by dopatrzyć się na liścieofiar kilku znaczków przy imieniu Lilidi. Swoją drogą ciekawe skąd znali jej imię, mieli szpiega w pałacu? Wiedział, co te znaczki oznaczają, ci obrzydliwcy mieli zamiar torturować ją w przed śmiercią.
-Koniec mordowania. -Powiedział na pozór spokojnie, uzbrajając swój głos w siłę.
Gliniane, pięknie malowane dzbany stojące na stole, popękały, wino rozlało się zalewając niczym krew stos papierów.
         Było ich sześciu przypominali mu stado wściekłych indorów. Ich twarze, purpurowe, powykrzywiane wściekłością i nienawiścią sprawiały wrażenie, upiornych masek przedstawiających demony. Z furii oblepiającej twarze fanatycznych oprawców niczym wyspy wyłaniały się i wpatrywały się z pogardą w Opiekuna zimne, martwe oczy,. Jedyne o czym teraz mogli myśleć to to jak go zabić, unicestwić, pokonać, a w tym byli naprawdę dobrzy. Tyle tylko, że on nie bał się takich kreatur jak oni, dla nich miał tylko pogardę.
-Nie będzie rozgrywek, dyskusji, układzików. Nie mam ochoty przebywać ani minuty dłużej niż to niezbędne w towarzystwie takich zwyrodnialców jak wy.
         Musiał opanować odruch wymiotny, żołądek wariował, gdy patrzył na te wstrętne gęby. Był o krok od tego by użyć pięści i zrobić z nimi porządek raz a dobrze.
-Jesteś zwykłą gnidą, nikomu nie potrzebnym reliktem, nie masz prawda dłużej nam mówić, co jest dobre a co złe! Musisz umrzeć, twój czas bezpowrotnie przeminął- Cedził przez drżące, sine usta nienawistne słowa jeden z nich. Przypominał już nie indora a jadowitego węża, spinał mięśnie przygotowując się ataku.
Wędrowiec widział, że tamten trzyma już w dłoni zmyślny przyrządzik z zatrutą strzałką. Dureń myślał, że to wystarczy by unieszkodliwić Opiekuna. Tak jakby był zwykłym żołdakiem czy umięśnionym awanturnikiem szukającym zwady. Mówią, że głupota nie boli, ale tamten będzie musiał dziś za nią zapłacić.
-Twoja ręka już na zawsze zostanie sparaliżowana, nie to za mało, cała prawa strona. Trzeba było przemyśleć sprawę zanim postanowiłeś zabić. Nie poniesiesz śmierci tylko, dlatego że życie, które będziesz teraz wieść, będzie dla ciebie gorsze niż szybki koniec.
         Przedmiot, który trzymał do tej pory w prawej ręce złoto odziany chudy mężczyzna o sinych ustach, upadł i poturlał się pod stół. Sam mężczyzna padł na kolana lewą ręką podtrzymując się ściany by nie upaść. Ciało tak jak powiedział Wędrowiec odmówiło mu posłuszeństwa, nie był w stanie wstać ani usiąść.
-Wszyscy jak tu jesteście zostaniecie wytatuowani ku ostrzeżeniu innych. Będziecie mieć napisane na lewym policzku morderca, na prawym głupiec.
-Nie ośmielisz się- Warknęli jak na komendę, cofając się kilka kroków do tyłu.
-Już się ośmieliłem.
Zaśmierdziało spaloną skórą. Mężczyźni zawyli z wściekłości i rozpaczy, dotykając dłońmi oszpeconych twarzy.
Doskonale wytrenowani, oddani służbie strażnicy stojący na warcie pod drzwiami byli nieco zdezorientowani. Nigdy wcześniej, bowiem nie zdarzyło się to, co teraz, drzwi  prowadzące do gabinetu mistrza zniknęły.
W regulaminie sztywno określającym zachowanie straży w każdej sytuacji nie było instrukcji jak zachować się w takiem przypadku.
  Wędrowiec odczekał chwilę, dając  tamtym czas na pozbieranie myśli.  Wrzasnął na całe gardło bez trudu przebijając się przez rozpaczliwe wycie kwiatu zakonu. Miał dość ich i tego zakłamania, które sobą reprezentowali.
-Właśnie opróżniłem wasze skrytki ze skarbami. Bardzo zręczne i zaradne z was chomiki. Akty własności nieruchomości też skonfiskowane, nawet te, które zapobiegliwie zapisaliście na rodzinę czy kochanki. Każdy członek zakonu, który zhańbił się morderstwem właśnie zyskał ozdoby twarzy  podobne do waszych. Myślę, że zasłużyliście na specjalne względy, w końcu co dnia w pocie czoła skutecznie pracowaliście na karę. Dlatego łaskawie doceniając wasz trud obdaruję was jeszcze wrzodami na całym ciele. Trudno wam będzie w takim stanie agitować i zniewalać. Lubicie terror, więc od teraz życie będzie wypełnione waszym własnym strachem i cierpieniem, dostaliście tylko to, co fundowaliście innym. Wydaje mi się to całkiem sprawiedliwe. Skonfiskowane dobra wrócą do właścicieli reszta zaś pójdzie na pomoc ubogim.
            Czuł się strasznie brudny i śmierdzący zupełnie tak jakby właśnie pływał w kloace. Powąchał swoją pelerynę sprawdzając czy aby nie przesiąknął smrodem nienawiści.
           Wiedział, że tamci trwale oszpeceni i bez majątku natychmiast stracą na znaczeniu. Bez pieniędzy na łapówki i opłacanie zbirów nie będą już wygodnymi partnerami do robienia szemranych interesów dla tych, którzy do tej pory współpracowali z zakonem. Nie będą mile widziani na dworach i w pałacach, nie będą uwodzić bogatych kobiet i mężczyzn a lud może przejrzy na oczy i zacznie samodzielnie myśleć, choć w to nie bardzo wierzył. Prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto będzie próbował odbudować to imperium zła, bredząc o zemście i świętym gniewie. Wiedział o tym, tak było zawsze. I z tym nie da się nic zrobić.
        Spojrzał jeszcze na złoto odzianych faktycznych władców tego królestwa, mając nadzieję, że skutecznie przez niego zdetronizowanych.  Codzienność nie lubiła wolnych przestrzeni, a on osłabił aż dwa zakony, nie wiedział czy tym samym nie utorował drogi grupie jeszcze gorszych kanalii. Westchnął i zniknął.
Zmaterializował się tuż za bramą pałacyku róż.
Skierował się stronę ławeczki ukrytej w labiryncie żywopłotu.
Potrzebował spokoju i samotności.
      Siedział tam długo, nigdy  nie czuł się częścią tego świata, nie był jednak pewny czy potrafi żyć gdzieś indziej. Marzył o powrocie do domu a jednocześnie wiedział, że może się rozczarować i zamiast szczęścia odnajdzie tylko ból i rozczarowanie. Nie mógł się jednak wycofać, na pewno nie teraz, gdy był tak blisko. Nie znalazł w ciszy i samotności ukojenia, którego szukał.
Powoli, ciągnąc nogę za nogą skierował się w stronę pałacu.
-Rozdeptałeś pluskwy?
        Ironia aż kaleczyła uszy. Numi jednak nie uśmiechał się drwiąco jak to miał w zwyczaju, tylko patrzył gdzieś w dal.
Czekał. Siedział na szczycie schodów trzymając wielkie ręce w kieszeniach jasnych, płóciennych spodni. Szerokie plecy wygięły się w łuk, wyglądał na zmęczonego i starego. Jednak nie na zrezygnowanego.
-Miałem ich zostawić na pastwę losu? – Spytał, ale bez zajadłości, na którą miał ochotę, bez złości i buntu może to przez ten zmęczony łuk pleców Numiego- Tylko, dlatego że mieszaliście w wyniku, czego los niefortunnie zetknął ich ze mną?
Też był cholernie zmęczony, jeszcze nigdy nie czuł się jak spróchniałe od środka drzewo. Ciążyło mu niczym kamień u szyi brzemię lat i tej całej odpowiedzialności.  Zbyt dobrze rozumiał Numiego.  Te same kamienie obowiązku boleśnie raniły im stopy, odczuwali ten sam ból i żaden z nich nie mógł uwolnić się od tego brzemienia.
- Obroniłbyś ich? Nie odpowiadaj, nie oszukuj sam siebie, ani mnie, doskonale wiem kim jesteśmy. Znam nasze ograniczenia i słabości, w każdym razie swoje na pewno. Nie wiadomo, co się stanie, gdy przejdę. Myślisz, że lubię się babrać w potwornościach? Myślisz, że chcę za sobą zostawiać tylko cierpienie i rozczarowanie?
-Nie łatwiej było zabić? -Numi czubkiem buta kopnął biały drobny kamyczek, który stukając cichutko sturlał się po schodach.
-Łatwiej.- Przyznał niechętnie- jednak ani ty ani ja nie mamy złudzeń. Zawsze znajdzie się łotr, który na ludzkim strachu, słabości czy naiwności stworzy sobie organizację, która da mu władzę i bogactwo. Zanim się ludziska zorientują już siedzą pod butem i boją się pisnąć. Nie ważne, co takie bydle wykorzysta, ci tutaj bronili czystości rasy i swojej religii. Zabijając nader często, z perwersyjną przyjemnością paląc każdego, kto myśli inaczej. Nie znali umiaru w swojej pazerności i zepsuciu. Czasami spodobał się im czyjś mająteczek i co wtedy spotykało właścicieli? Czasami żona, córka, albo syn. Odrodzą się tak czy inaczej. Myślę, że dałem swoim działaniem tym tutaj trochę czasu. Czasami żałuję, że brzydzę się zabijaniem. Zresztą sam wiesz jak już raz zaczniesz to robić, utoniesz we krwi. Mam nadzieję, że nigdy nie stanę się zwykłym bezdusznym potworem, choć czasem mnie kusi by narozrabiać.
-Złudzenia, jaka to piękna sprawa, masz rację szkoda, że już na nie nie chorujemy. Co z tą drugą organizacją?
       Wyciągnął z kieszeni dużą kraciastą chusteczkę i głośno wysmarkał nos. Opiekun popatrzył na to ze zdziwieniem, nie spodziewał się, że ktoś tak wyjątkowy może mieć zwykły katar.
-Zakon czystości to, chociaż jasna sprawa nienawiść, chorobliwa żądza władzy i pieniędzy. Gorzej z tym, co pozostawił Horacy. On był tylko narzędziem, a ja jeszcze nie wiem, co i kto się za tym kryje. Nie uważasz, że dwa potężne zakony to trochę dużo jak na jedno miasto?- Wiedział, że kiedyś będzie żałował, że nie sprawdził, że nie rozgryzł sprawy do końca, ale nie miał już czasu. Musiał wybierać i wybrał powrót do domu.
-Dlatego czekasz?
Nie czekał, nie chciał po prostu uderzać na oślep. Wiedział, że ma zbyt mało czasu i informacji, nie był jeszcze tak zdesperowany i zdeterminowany żeby walić głową w mur. Zresztą nigdy nie chciał mieć kontroli nad wszystkim. To przekraczało jego kompetencje.
-Cały czas mam nadzieję, że ten ktoś zrobi jakiś fałszywy ruch, że zdradzi swą obecność- Bąknął niewyraźnie pod nosem, trochę jak usprawiedliwiający się uczniak.
-Brałeś pod uwagę, że to, co się wydarzyło mogło zweryfikować plany nie tylko tobie?- Chrząknął znacząco Numi i wyciągnął chusteczkę. Inną niż poprzednio i głośno wysmarkał nos.
-Ja wszystko biorę pod uwagę, uwierz, że to niczego mi nie ułatwia.

Zastanawiał się gdzie Numi mógł się tak strasznie przeziębić. W sumie to było nawet śmieszne, samo w sobie, przeziębione słońce. 

środa, 10 września 2014

09.09 Wędrowiec, pozorna cisza



- Wsadzaj rękę i wyciągaj już czas- Ponaglił go Numi.
-Coś muszę zrobić, powiedzieć?- Nie chciał na finiszu popełnić błędu, wolał spytać.
-Tak przytulić do piersi, wyznać miłość i.. zresztą sam się domyśl, co możesz zrobić potem -Numi rżał ze śmiechu tak, że echo szło, świetnie się bawił. Może tylko udawał, że jest taki wyluzowany przecież on też nie wiedział, co przyszłość przyniesie.
-Niestety Numi nie jestem taki kochliwy jak ty. Jeśli ty masz takie dziwne upodobania to twoja wola, nie będę się wtrącał, ani nawet komentował- Odgryzł się, pomimo wdzięczności, jaka czuł do olbrzyma.
         To coś, co złapał tylko trochę przy okazji parząc dłoń, z grubsza przypominało sztylet. Metal był jeszcze gorący i co dziwne miły, taki prawie aksamitny w dotyku. Wyglądał siermiężnie trochę jak efekt pracy niewprawionego w fach dziecka, choć szpic zdawał się być zadawalająco ostry.
Chropowata struktura przedmiotu wydawała się dopasowywać do kształtu jego dłoni delikatnie przy tym drżąc. Po całym tym spektaklu wcale go to nie zdziwiło.
-To już wszystko, co mieliśmy tu do załatwienia? Możemy wracać do domu?- Zwrócił się do Numiego, jako do najlepiej zorientowanego.
-Wołaj psy. Ja przerzucę tą nadwrażliwą pannę przez ramię, może się uda wrócić do domu w jednym kawałku. Pan jedno-oko łapie wolnego psa, jeśli też chce wracać do domu, do mamusi- Wydal dyspozycje, przejmując inicjatywę.
- Ja mam dotykać tego paskudnego stwora? Nie ma mowy! Ale mogę przenieść tą rudą.
Zacmokał facet bez ust, jak to zrobił pozostanie dla wszystkich tajemnicą.
-Patrzcie, jaki wrażliwy na piękno się znalazł. A jak to się skarżył, że inni nie akceptują jego odmiennego wyglądu, biorąc nas tym pod włos.  Jak nie chcesz psa, to sobie tu siedź do usranej śmierci. Z tego, co wiem takie zaklęcia długo trwają, bardzo długo, tyle czasu  nie masz. Miłego czekania na pomoc z rąk piękniejszych istot.
 Numi trochę śmiesznie wyglądał z dziewczyną przerzuconą przez ramię i przy dość sporym ugięciu kolan. Malamuty nie są malutkie, ale taki olbrzym musiał się sporo przykurczyć by ręką złapać za szyję psa.
-Nie żartujcie sobie, czekajcie pójdę z wami! Po co bym tu miał siedzieć?
        Tuż za barierą rozstali się, nie było im po drodze z jednookim. Nie obeszło się bez zgrzytów, nieszczęsny amant próbował jeszcze wyprosić randkę z rudowłosą co i rusz mdlejącą nimfą, która zupełnie zawróciła mu w głowie. Dopiero po stanowczej interwencji zirytowanej jego uporem Lilidi odszedł w ciemną noc, szlochając i zawodząc żałośnie z rozpaczy. Gdy zaś jego głos stał się ledwo słyszalny, w Perezę wstąpiło nowe życie, cudownie odżyła i nie przypominała już zwiędłej rośliny.
          Chwilę później siedzieli w doskonale sobie znanej jadalni w pałacyku róż przy smakowitej kolacji. Humoru nie zepsuł nam nawet wielki zwał kamieni tuż przed bramą, przez który musieli przedzierać się do środka. 
        Wędrowiec długo i w milczeniu przyglądał się rękojeści tego dziwnego, wykutego słowami i ziołami przez Lilidię narzędzia, która pokryła się cieniutkim wzorem jego skóry. Stało się to w zupełnie niepojęty dla niego sposób, chciał zrozumieć, chciał wytłumaczenia, ale go nie znalazł. Doszedł tylko do wniosku, że widocznie do czegoś to będzie potrzebne.
-Już się tak w niego nie gap, bo dziurę wypatrzysz- Trącił go łokciem Numi- On teraz swe nadzwyczajne umiejętności będzie  ujawniał tylko w dłoni, która jest odciśnięta w strukturze metalu. Nawet gdyby ci go ktoś podstępnie czy podstępnie podiwanił to nie będzie miał z niego żadnego pożytku.
        Apetyt olbrzyma zadziwiał, zjadł już więcej niż wszyscy inni biesiadnicy razem wzięci a nadal nie miał dość. Chyba go tam głodzą na tej górze, gdzie zwykli ludzie nie mają wstępu. Może miał ciche dni i żona odstawiła go od stołu i nie tylko od niego? Wędrowiec był bardzo ciekawy jak wygląda związek kogoś takiego jak Numi.
-Nie bądź taki dowcipny, lepiej mi powiedzcie, kiedy wydłubiemy sobie tym kozikiem tunel do mojego domu? Wasza pomoc nadal jest niezbędna? Czy teraz będę musiał sam stawić czoła przeciwnościom i niezliczonym, niewidzialnym wrogom?  -Schował nóż do kieszeni, nie poczuł jego ciężaru tak jakby nic nie ważył.
-Ja bym cię tam, puścił niedorajdo na szeroką wodę, ale potem dziewczyny będą się boczyć i obrażać. A wiesz jak to jest z babskimi fochami, od nich nawet mleko kiśnie. Niech stracę jeszcze raz powleczemy się za tobą służąc ważnej sprawie. Może kiedyś to docenisz.
Numi był zrelaksowany, rozluźniony, wcześniej nie końca wierzył, że się uda to, co sobie zamierzyli. A może dobry nastrój to zasługa pełnego brzucha, tego nie wiedział nikt poza nim samym no i może poza Emerykiem. W każdym razie poklepał się po żołądku i powiedział.
-Co do dłubania scyzorykiem to, co dziesięć dni jest satysfakcjonujący nas styk. Dziś taki był to teraz łatwo sobie na palcach policzysz, ile musisz jeszcze wytrzymać.
        Lilidia spuściła głowę, zauważył, że posmutniała. Znowu boleśnie ukuło go w okolicach serca. Niepotrzebnie, emocje wszystko psuły, komplikowały.
-Sporo, chyba się wezmę za haftowanie, by nerwy ukoić. Może w końcu odeśpię to całe szaleństwo, a teraz muszę odpocząć. Dobrych snów życzę- Wstał ukłonił się i ruszył do swojej komnaty.
Choć go wręcz paliło w środku by ruszać natychmiast, to gdzieś w głębi duszy wiedział, że te kilka dni jest bardzo ważne dla tych, co zostają. Byli rodziną, nie decydowały o tym więzy krwi, tylko coś o wiele ważniejszego, trwalszego.
Gęsty, tkany na krosnach czerwony chodnik tłumił odgłos kroków, jednak psy bezbłędnie wyczuły jego nadejście. Popiskiwały radośnie w komnacie, gdy tylko wszedł obległy go liżąc i poszturchując wilgotnymi nosami. One już wiedziały, że musi odejść. Głaskał je automatycznie, jego myśli w tym momencie całkowicie zajmowali ludzie.
Miał czas by zatroszczyć się o ich bezpieczeństwo, nie mógł i nie chciał zwalać wszystkiego na Numiego. Czuł, że nie załatwił jednej ważnej sprawy do końca. Może odpowiedni czas na wizytę w zakonie właśnie nadszedł? Obiecał przecież temu pięknisiowi zakonnikowi, który chciał spalić Katije i jej dziecko, że się nimi odpowiednio zajmie. Musi dotrzymać słowa inaczej okaże się że to co mówi, jest nic warte. Do tego nie mógł dopuścić, tym razem chodziło nie tylko o autorytet.
         Panoszą się po mieście coraz pewniej te ograniczone, przepełnione żółcią, fanatyczne potworki zaprzeczenie wszystkiego, co dobre i szlachetne w człowieku. Nigdy nie lubił chciwych, zakłamanych fanatyków. Uważał, że są niczym śmiercionośna zaraza, podstępnie atakują społeczeństwo by skutecznie zatruć go jadem. Gorsi niż ropiejące wrzody na tyłku. Wolałby się, co prawda babrać w wychodku niż mieć do czynienia z tymi potworami, ale zarazę należy tępić nie oglądając się na nic.
Zdrowy rozsądek podpowiadał, że prędzej czy później ale raczej prędzej się wyda, że go tu już nie ma. Zwykłe życie, obroni cię miecz nie słowo.  Fanatycy poczują się mocni, niezagrożeni a wtedy od razu ruszą na polowanie, zarówno Lilidia jak i Katija były dla nich zdobyczą nie do pogardzenia. Czuł się za  te kobiety odpowiedzialny. Miał obowiązek je chronić.

Świstło, pierdło  psy tylko zakręciły uszami znudzone jego ekstrawaganckimi wyskokami.






*********




        Nie bawił się w podchody, darował sobie wyrafinowane gry. Nie miał ochoty na taką zabawę, ale w końcu był Opiekunem nie mógł zawieść ludzi, którzy mu zaufali, przyjaciół. Pojawił się w bogato urządzonym gabinecie zadufanego w sobie, trzymającego w garści zakon mąciciela, szczęśliwy traf chciał, że akurat trafił na ważną, ściśle tajną naradę.  Ucieszył się to był sprzyjający traf. Uczestnicy spisku byli tak zaskoczeni pojawieniem się nieoczekiwanego gościa, że zapomnieli o papierach leżących na stole. Dokumenty kryły tajemnicę, ale też zupełnie dyskredytowały zakon w oczach Wędrowcach, były jak jawne wypowiedzenie wojny
        Czuł do  tych ludzi obrzydzenie tak wielkie, że nie próbował nawet udawać obojętnego.
Na grubym czerpanym papierze niedbale zapisano długą kolumnę nazwisk. By rulon się nie zwijał z jednej strony położono sztylet z rączką wysadzaną granatami, które lśniły jak krople krwi z drugiej złoty kielich pełen krwisto czerwonego wina. W świetle świec litery wydawały się łamać, zaokrąglać ale on wiedział, że są wyrokiem śmierci. Granaty i wino miały przypieczętować śmierć niewinnych, mało to finezyjne.

Zgromadzeni w gabinecie  ludzie planowali bezpardonowy, zmasowany atak. Sam się do tego przyczynił, naruszył obowiązujący porządek rzeczy, odsyłając jadowitego węża.  W tym państwie istniały dwa konkurencyjne, fanatyczne zakony walczące o władzę absolutną, a teraz jeden z nich liże rany po stracie przywódcy.  Silniejszy, lepiej zorganizowany zakon korzystając z nadarzającej okazji przejmuje inicjatywę, jednym ruchem zamierza pozbyć się przeciwników i wrogów. Naturalna kolej rzeczy. Nie musiał czytać nazwisk by wiedzieć, że większość mieszkańców pałacu róż znalazła się na tej liście.

niedziela, 7 września 2014

07.07 Wędrowiec, amant




-Muszę cię zmartwić, ona nie jest przeznaczona do konsumpcji. Myślę, że to twoje niezwykłe oko ją tak zachwyciło, że fiknęła koziołka.-Palnął Numi wielce zadowolony ze swojego poczucia humoru.
-No, niebrzydka jest. Mogę się z nią umówić na spacer po moczarach. Nawet teraz byle się tak nie darła
Pleco-oki rozochocił się zbyt mocno jak na gust Wędrowca.
-Może innym razem mamy tu robotę do wykonania- Szybko ostudził zapały amanta, tak na wszelki wypadek, żeby potem z tego jakiś komplikacji nie było. Lepiej od razu delikatnie, ale jasno przedstawić sprawę.
       Nie wiedział, o co chodzi z obecnością pleco-okiego na wzgórzu. Nie został uwięziony tu przypadkiem, miał do spełnienia określoną rolę, był tu żeby stało się coś strasznego. Miał im zaszkodzić, ale w jaki sposób nie miał zielonego pojęcia.
-Jaką robotę? A to o nas mówią, że tańce nieprzyzwoite przy ogniskach w lasach odprawiamy, taka sprawiedliwość na tym świecie. - Zaciągnął śpiewnie jakby zaraz miał się rozpłakać.
-Nie będziemy brykać na golasa, ani nic w tym stylu, zapomnij. A co ty tu właściwie robisz? Bo w takie przypadki, że słysząc o naszym istnieniu postanowiłaś w tych pięknych okolicznościach przyrody na nas poczekać, nie wierzę.- Pogładził pelerynę, jakby mogła zaświadczyć o jego rozległej wiedzy i intuicji.
-Lubię sobie wieczorem posiedzieć i pogapić się na tych tam na dole. Wyobrażać sobie jak to jest, gdy się ma własny dom, rodzinę. Nie tylko wiecznie zrzędzącą matkę. I nagle, zupełnie znienacka zaskoczył mnie taki dziwny grzmot i nie mogłem iść dalej.
      Stwór swoje ogromne oko wybałuszał teraz na Lilidie, na której najwyraźniej nie robiło to najmniejszego wrażenia. Kołysała się rytmicznie, mamrocząc pod nosem sobie tylko znaną piosenkę, co jakiś czas nie przestając się kołysać, mieszała trzymaną w lewej ręce drewnianą łyżką w gotujących się w kotle ziołach.
        Opiekun korzystając z możliwości swobodnego ruchu, nie musiał na razie ani pomagać, ani pilnować Lilidi, ułożył wygodniej na trawie słabowitą uzdrowicielkę. Dziewczyna powoli dochodziła do siebie.
-Zaklęcie  którego tu użyto jest dwustopniowe- Zaczął Numi powoli.
       Opiekun brzydko przeklął pod nosem.
-Twierdzisz, że on był wyzwalaczem drugiego stopnia, ale coś nie zadziałało, pomylił kroki, słowa? Następny ich błąd?
        To wszystko nie trzymało się kupy. Profesjonaliści, istoty o wiedzy tak wielkiej, że on nawet nie śmiał o niej marzyć robiły takie dziecinne błędy?
-Oni- wskazał brodą pleco-okiego- mają nietypowe pole energetyczne, gdyby się wściekł, albo nawet porządnie zdenerwował  to aktywowałby drugi poziom. Wtedy byłoby po nas. Akcja rozgrałaby się tak szybko, że nawet ja byłbym bezbronny. Mieliśmy tu zginąć. I to jakiś cud, że się tak nie stało.
-Słuchaj no chłopie, często się wściekasz?- Spytał jednookiego amanta.
       Tamten nawet na niego nie spojrzał, dalej wgapiał się jak zaczarowany w dziewczynę uwijającą się przy kotle.
-Jak mnie ktoś zamyka to na pewno. Właśnie chciałem się na was wyżyć i ryknąć jak ja to tylko potrafię, tylko tamta tak zaczęła ryja drzeć, że mi się wszystkiego odechciało. Rozdarte baby odbierają mi chęć do działania- dodał smutno-, dlatego się nie ożeniłem, bo na pewno zostałbym pantoflarzem. Tak mówi mama.
-Cóż nikt nie jest doskonały- ze zrozumieniem stwierdził Numi. Wyglądało, że żona miała dużo do powiedzenia w związku z Najjaśniejszym, on znacznie mniej o ile w ogóle.
       Zapachniało rumiankiem, koprem i podbiałem, Lilidia podała swój gwiezdny kamień Świetlistemu, charcząc przy tym jak stara gruźliczka.
 Z płaszczem Opiekuna zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Litery boleśnie wbijały mu się w pachy, kręgosłup i kark.
      Ręka Numiego w ułamku sekundy stała się płomieniem. Wędrowiec odwrócił się nie mógł na to patrzeć, wydawało mu się, że blask wypali mu oczy.
-Czemu opowiedziałeś po naszej stronie? -Chciał go zaskoczyć w nadziei, że w takiej chwili odsłoni się, choć trochę.
-To skomplikowane. Są tacy, którzy twierdzą, że my też jesteśmy ludem wypchanym z bańki czasowej. Popatrz teraz na to tak, przez bańkę przechodzi najsłabsze ogniwo, a jeśli stanie się tak, że reakcja ich przejścia wciśnie nas na stare miejsce? Ten świat przestanie istnieć, a my stracimy niemalże wszystko. Niezbyt miła perspektywa. Są tacy, którzy zrobią wszystko by ocalić swą pozycję. Tutaj przyznasz to sam, mamy potęgę, władzę i możliwości. Powrót oznaczałby degradację  i poniżenie oczywiście o ile ta teoria jest prawdziwa. Nikt nie pamięta, co było przedtem, ale jeśli my potrafimy tak wiele i żyjemy nieskończenie długo to, aż się boje pomyśleć, co mogą ci wyżej postawieni.
-Jesteś pewny, że są tacy?
       Grzało od tej jego ręki nie miłosiernie, zaczynał się czuć jak kiełbaska na ruszcie. Nie miał pojęcia jak Lilidia znosi ten ukrop.
-Jestem. Inni pewnie też tylko nie chcą się do tego przyznać. Sprawa jest prosta. To nie my wymyśliliśmy obowiązujący porządek rzeczy, my się tylko przystosowaliśmy do czyiś pomysłów.                            -Być może jest tam ktoś potężniejszy, ale czy warto ryzykować by przekonać się, czym jest ta inteligencja?- Nie przekonały go te słowa, to brzmiało jak opowieści przy dużej ilości śliwowicy. Nieprawdopodobne fantazje.
    Buchnęło białym płomieniem, jeden z warkoczyków Lilidi zasyczał niebezpiecznie, nie zwróciła na to uwagi.
-Z ciekawości nie warto. Jednak wszystko jest ruchome, kosmos jest w ciągłym ruchu, zmiany to naturalna kolej rzeczy. Od pewnych wydarzeń nie da się uciec bywa, że nawet nie warto. Zbyt długo żyję by się łudzić, że będę w nieskończoności egzystował w takich luksusach jak dajmy na to pączek w maśle. Zresztą wiem to na pewno, że jeśli ludzie tu zostaną, to zginą. Nie wszyscy zasługują na taki los tylko dlatego, że my się boimy.
-Czyli nie wiadomo tak naprawdę, co się stanie?
    To by mu się zgadzało, Herytka, gdy ją spotkał miała w sobie obawę i niepewność, której nie potrafiła ukryć. Była zła, ale też zagubiona. Gryzła jak wściekły zwierz na oślep, licząc, że przez przypadek dopadnie właściwą osobę. Ona też nie wiedziała, co dalej. Miło było sobie uświadomić, że nie tylko on był jak zagubione dziecko we mgle.
-Jest- Krzyknęła Lilidia.
       Coś wpadło do kociołka pełnego wody i ziół, sycząc niemiłosiernie. Blask zelżał. Teraz już bez obawy o własne oczy mógł się obrócić i spojrzeć na nich. Numi jak to on stał i głupio szczerzył kły. Dziewczyna zaś przez parę gęstą jak  płachta grubo tkanego lnu próbowała zajrzeć do kociołka, by sprawdzić czy wszystko poszło zgodnie z planem.
-Jesteście pewni, że dobrze robimy?
       W sumie to było pytanie retoryczne, tu nikt nie był niczego pewny. Pewnie pogadaliby o tym gdyby nie głos nieznajomego o twarzy jak gruda ciasta.
-Ej ruda, wiem że czasami wrzeszczysz jak opętana, ale może przeszlibyśmy na bagienka? Ładny wieczór dziś i gwiazd tyle.
     Nawet stąd widział jak oczy Perezy z przerażenia robią się wielkie jak talerzyki deserowe, Zaczynała wyglądać jak nietoperz albo ta śmieszna małpka, którą trzymał w złotej klatce któryś z władyków w pustynnych krajach.
-phb
-Znaczy obca jesteś? - Nie załapał, że to czkawka-, Bo nie bardzo rozumiem, co mówisz, ale wiesz mama by się ucieszyła, że znalazłem dziewczynę. Pewnie by narzekała, że nie za piękna jesteś i chyba nie za bardzo rozgarnięta, ale w końcu by się przyzwyczaiła. Wnuków chce, a ty mi się nawet trochę podobasz.
       Ten facet z okiem na plecach był zupełnie szalony, wogóle nie miał kontaktu z rzeczywistością.
Zresztą to nic dziwnego i nie ma się, co udawać, że mogło być inaczej. Niezbyt często spotykał ludzi i z nimi rozmawiał, a na pewno pierwszy raz był tak blisko kobiet. Odruchy, emocje i słowa interpretował po swojemu, nie zauważając różnic międzygatunkowych.
-Kolego ona jest pod wielkim wrażeniem, jeśli chodzi o twoją osobę. Niestety jest u mnie w terminie i obowiązuje ją celibat. -Oznajmiła głosem zimnym jak lód Lilidia, groźnie odgarniając warkoczyki z twarzy.
        Zawsze można liczyć na to, że ta dziewczyna potrafi zachować zimną krew i rozsądek, pomyślał z ulgą Wędrowiec.
-A długo tak musi?- Drążył temat nieszczęsny wielbiciel.
-Raczej długo. Nauka nie idzie jej zbyt dobrze. Ja ci dobrze radzę, szukaj żony gdzie indziej.
         Miała talent, urodzona z niej dyplomatka. Miał wrażenie, że zaraz obejmie jednookiego ramieniem by pocieszyć, pogłaskać niczym tkliwa współczująca matka.  A potem pchnie delikatnie w innym, właściwym dla niego kierunku.
-No jak wam poszedł cały ten spektakl? Udało się?- Nie wytrzymał Opiekun.
          Romanse i nieszczęśliwe ma dodatek międzygatunkowe miłości trzeba było odłożyć na bok i wrócić do meritum sprawy.
-Już myślałem, że zrezygnowałeś z bohaterskiej postawy i uciekniesz w siną dal, nie spytawszy wcześniej o owoce naszej ciężkiej pracy.

        Nie cierpiał tego głupiego suszenia zębów Świetlistego, zaczynał mu się ten jego zgryz, śnić po nocach niczym koszmar.