środa, 10 czerwca 2015

Jajko, tuńczyk, czekolada. 75 Larwy psie- ludzkie.




75 Larwy psie- ludzkie.


-A może wiesz, walnij mnie od razu młotem między oczy, łatwiej będzie- miała już tego wszystkiego serdecznie dość, ileż można znieść?- Na zagadki się chłopu zebrało. Co można wygrać, bilet do raju, czy wariatkowa?
Leeloo nie chciała odejść od drzwi, powarkiwała a sierść na jej karku stała na baczność, nie pozostawiając wątpliwości, co do tego, że pies jest czujny i gotowy, by bronić swego terytoriom i ludzi.
-Dowcip ci się wyostrzył, aż się boje myśleć, co będzie dalej- Leon popatrzył na psa a potem westchnął ciężko i poklepał Leeloo po łepku, po zastanowieniu podrapał jeszcze za uchem- na kartce jest tak napisane.
-I, co jeszcze?- Za chorobę nie wiedziała, co to za czort z tej chróściny i jak się to właściwie ma do nich.
-Nic, nic więcej- Złapał psa za obrożę i bezskutecznie próbował odciągnąć od drzwi. Leeloo wiedziała swoje i nie dała się tak łatwo spacyfikować.
-To, na co czekasz?
-Eee?
-Internet chłopie mamy? Już powinieneś wiedzieć a nie patrzyć na mnie jak na wyrocznię, co ja chodząca encyklopedia jestem?- Zdenerwowała się bezczynnością Leona. Powinien działać, zbierać informacje, okopać ich mieszkanie, ewentualnie otoczyć drutem kolczastym a nie stać i głupio się uśmiechać.
Nie dyskutował z nią, doskonale wiedział, że nie ma to najmniejszego sensu, podszedł do laptopa i wstukał tekst listu.
-Chodź, popatrz to drzewo owocowe.
-Sprzedać, kupić chcą, czy co? Do cholery, o co chodzi?- Nic z tego nie rozumiała- To jakieś tajne zaklęcie? Sekta truskawkowo-poziomkowa nas zaatakowała?
-To pewnie ci sami, co w tej wielkiej, żółtej puszce rano przez miasto pomykali.-Wysunął przypuszczenie Leon.
-Bardzo śmieszne.
-To nam się chyba poczucie humoru rozjechało, bo mnie ta sytuacja nie śmieszy nic a nic, a wręcz przeciwnie zaczyna doprowadzać do pasji- Odłożył laptopa i się zamyślił- Leeloo daj spokój, nikogo tam nie ma- zwrócił się do psa
- Masz pewność, że larwy psie nie oblazły korytarza i się tam na nas nie czają, albo larwy psie-ludzkie -dodała szybko, patrząc na słodką, biegnącą w jej kierunku Leeloo.
-Myślisz, że tam coś jest? Wielka larwa, która pragnie truskawek, a może chce zjeść naszą Leeloo?
-Nie wiem- Opowiedziała zgodnie z prawdą .
Poderwał się tak szybko, że oko Anki prawie nie uchwyciło szczegółów i biegiem, niczym sprinter ze światowej olimpijskiej czołówki dopadł drzwi. Otworzył je z takim rozmachem, że mało nie wyleciały z futryn. Anka wykonując akrobatyczną ewolucję, rzuciła się do przodu, przeskakując stolik i pufy, miękkim lotem w stylu na szczupaka wylądowała na podłodze, łapiąc psa.
-Pusto- stwierdził z niejakim rozczarowaniem Leon, zupełnie tak jakby miał ochotę na małą a nawet średnią rozróbę.
Leeloo zupełnie nie zgadzała się z obserwacjami pana, ostrzegawczo wywaliła zęby na wierzch i zjeżyła się niczym atakujący brytan. To nie była już zabawa, pies ostrzegał przed niebezpieczeństwem.
-Niewidzialny jest, czy co?

niedziela, 7 czerwca 2015

Jajko, tuńczyk, czekolada. 74 Chróścina jagodna.




74 Chróścina jagodna. 



-A, co mam robić, płakać i smarkać ci w rękaw?- Zdziwił się, słysząc wyrzut w jej głosie- Wy kobiety jednak jesteście z Marsa. Nienawidziłaś tej koszulki, tyle razy ją chciałaś wyrzucić a teraz masz pretensje, że nie rozpaczam?  Oszaleć można.
-Jakie pretensje? Człowieku ogarnij się, im szybciej tym lepiej. O psa się martwię, do weterynarza trzeba lecieć! Taka koszulka może ją zabić, pomyślałeś w ogóle o tym? Czy tylko rozpaczałeś nad tym swym, ukochanym, ekstra ciuchem?- Jak Leon mógł nie posiadać, podstawowej wiedzy o szkodliwości konsumpcji substancji i rzeczy do tego nieprzeznaczonych? Nawet dziecko by się zorientowało, że zjedzenie takiej wielkiej szmaty jest niebezpieczne.
-Tyle, że ja nie wiem, czy ona ją na pewno zjadła, to taka robocza hipoteza- zaczął się tłumaczyć.
Leeloo siedziała między nimi, spoglądając raz na Ankę raz na Leona, wesoło przy tym merdając ogonem. Nie wyglądała na zbolałą, czy umierającą a wręcz przeciwnie tryskała radością i pełną gotowością do szaleństw.
-To się zdecyduj się w końcu, zjadła, czy nie zjadła? A tak na marginesie to kobiety są z Wenus a faceci z Marsa.- Dodała z rezygnacją.
Leon nie zdążył odnieść się do jej słów, bo tę arcyciekawą konwersację przerwał im dzwonek do drzwi. Nie domofon a właśnie dzwonek. Leeloo przestała machać ogonkiem, powarkując pomknęła w stronę drzwi, niczym obrośnięta futerkiem strzała.
-Spodziewamy się kogoś?
Anka pokiwała przecząco głową. Nie wiedziała, kto to może być, no i zaniepokoiła ją reakcja psa. Leon spojrzał przez wizjer, ale nie zobaczył nikogo.
-No, kto to?- Nie wytrzymała Anka
-Nikogo nie ma- nie wiedząc, czemu szeptał.
-Schował się?
-Nie wiem- Przyznał zgodnie z prawdą- Ty przytrzymaj psa a ja sprawdzę, tak na wszelki wypadek.
Anka chciała zaprotestować, ale w sumie nie wiedziała jak. Słowa odbierały sens i powagę jej obawom, a jak inaczej mogła przekonywać męża, że otwieranie drzwi jest niebezpieczne? To jakaś paranoja. Poległa bez walki, co ma być to będzie. Chwyciła posłusznie Leeloo za obróżkę, nie chciała by przy głupocie uciekł im pies. Jedyne, co mogła zrobić w tej sytuacji to zminimalizować straty.
Leeloo nastroszona niczym jeżozwierz, warczała i wyrywała się Ance.
Leon energicznym ruchem otworzył drzwi. W przeciwieństwie do Anki, strach nie obsiadł go niczym wszy brudny kożuch, ale i tak był zwarty i gotowy do szybkiego uniku. Anka nie mogła oderwać wzroku od napiętych mięśni łydek męża, zamarła w oczekiwaniu błyskawicznego odskoku lub choćby wykopu. Tak, Leon w nogach miał dynamit i potrafił w razie konieczności go wykorzystać.
-Nikogo nie ma- stwierdził i wyszedł na korytarz. Miał nadzieję, że zobaczy uciekającego żartownisia.
-Jak to?- Ance coś nie pasowało, jeśli ten, kto dzwonił, uciekł to, dlaczego pies nadal jest taki niespokojny.
-Nie wiem może jakieś dzieciaki… -zawiesił głos, nawet on nie wierzył w taką wersję wydarzeń.
-Dobra chodź i tak nic tu nie wystoimy- zadecydowała, nie miała ochoty dłużej szarpać się z psem.
-Moment, coś tu jest- stwierdził zaskoczony
Anka nakręcona swoimi wcześniejszymi obawami, oczyma wyobraźni zobaczyła małego, paskudnego, jadowitego potworka z ostrymi zębami i hipnotycznym spojrzeniem. Takiego śmiercionośnego, złośliwego, ogólnie pierwszej wody zwyrodnialca.
-Kartkę nam przylepili
Odetchnęła z ulgą, jeszcze dziś nie zginą, ani nikt ich nie okaleczy. Nikt nie wydłubie oczu, ani nie zarazi wstrętną chorobą
-Ty wiesz co to chróścina jagodna?- Spytał skołowany Leon

środa, 3 czerwca 2015

Jajko, tuńczyk, czekolada. 73 Melly córka diabła.





73 Melly córka diabła.




-Taak, taka kampania społeczna skazana jest na sukces. Jak to pięknie brzmi- Bułka z prądem w każdej szkole. Obawiam się tylko, że w ogólnym odbiorze awansujecie na zakłady przemysłu spirytusowego. Chyba nie o to chodziło? No i jak to się ma do ustawy o wychowaniu w trzeźwości?
-Nawet mnie nie denerwuj, z tego będzie niezły cyrk, bo osioł się upiera i nie pozwala wykreślić nazwy roboczej na panel dyskusyjny u prezesa. Gnojek jest nietykalny, kto więc oberwie w tyłek?- Leon już nawet nie był wkurzony a zwyczajnie zrezygnowany. Wiele przepychanek z Edkiem przećwiczył na własnej skórze i wiedział, że ojciec polityk dawał tamtemu nietykalność. Nawet jazda po pijaku i skasowanie trzech aut uchodziła mu na sucho. Leon nie miał takiego zaplecza, więc obrywał za nie swoje grzechy.
-Może jutro poszlibyśmy do kina? Tak dawno nie wychodziliśmy, tak dla odstresowania- Zaproponowała widząc jak w kiepskiej jest formie.
-O kudłatym potworze zapomniałaś, czy bierzemy go ze sobą? Po za tym niedawno byliśmy w teatrze na jaju, nie pamiętasz?
-Masz rację, zapomniałam- zrobiło jej się głupio, że zapomniała o psie. O teatrze nie zapomniała, bo trudno obok takiego doświadczenia przejść obojętnie. W tym momencie zdała sobie sprawę, że od trzech dni u sąsiadki jest podejrzanie cicho. Tak, jakby nikogo tam nie było. A jeśli coś jej się stało a wszyscy zajęci swoimi arcyważnymi sprawami to zlekceważyli? Co jeśli za ścianą rozegrała się tragedia?
-Tak przy okazji to nie widziałaś mojej błękitnej koszulki?
-Tej, co przypomina szmatę do podłogi i co chciałam ją już pięć lat temu wyrzucić?- Szczerze nie cierpiała tej sfatygowanej, nieprzypominającej ludzkiego ubrania szmaty. Nie starczyło jej jednak odwagi, by ukradkiem się pozbyć koszulki. Nie wiedzieć, czemu Leon był do niej niezwykle przywiązany.
-Tak, właśnie tej, mojej ulubionej.
-A wiesz, że nie, jakoś mi się w oczy nie rzuciła. Słuchaj, czy spotkałeś ostatnio naszą sąsiadkę?- Musiała sprawdzić, jeśli ta biedna kobieta umiera za ścianą a oni nic nie zrobią, nigdy sobie nie wybaczy. Nie chodziło o zwykłą ciekawość, czy wtykanie nosa w nie swoje sprawy, ale o ludzką życzliwość. Tyle się teraz mówi o obojętności na drugiego człowieka, nie chciała być taka osobą.
-Melly córka diabła.
-Kto sąsiadka?- Nie zrozumiała zupełnie, do czego zmierza Leon. Od afery z dysko polo relacje między nimi a starszą panią były lepsze niż dobre. Złapała się nawet na tym, że podświadomie traktowała sąsiadkę jak członka rodziny, taką dalszą ciocię. Tyle, że Rysia swoim dziwnym zachowaniem tak namieszała w ich życiu, że stracili zupełnie kontakt z rzeczywistością a tym samym z elegancką kobietą za ścianą.
-Jaka sąsiadka?- Leon puknął się w głowę
-Nasza a jaka inna?- Teraz to ona zgubiła wątek, o czym oni w ogóle rozmawiali?
Jakby na zamówienie w mieszkaniu obok rozległy się głosy a jeden z nich bez wątpienia należał do śpiewaczki operowej.
-Ale, o co ci chodzi?- Leon umył jedno ze złocistych jabłek, które Anka kupiła na rynku u znajomej pani, oferującej owoce i jarzyny z własnego gospodarstwa.
-O córkę diabła i nie mi tylko tobie- Zaprotestowała wyjmując jabłko dla siebie, tym razem tak łatwo Leon jej nie wkręci.
-Nie wiem skąd ci się wzięła sąsiadka, ja mówię o Leeloo.
-Dlaczego?- Chyba było coś z nią nie tak, rano nie zrozumiała, o co chodziło Rysi a teraz rozminęli się tematycznie z Leonem.
-Bo to Leeloo nie sąsiadka zżarła moją koszulkę- wytłumaczył jej jak małemu dziecku widząc, że ma problemy z koncentracją.
-Cholera jasna i ty to tak spokojnie mówisz?