czwartek, 21 listopada 2013

21.11 Fela i polityka






Wiesz Fela marzę o tym żeby kiedyś było normalniej, że nadejdą czasy, gdy polityk czy urzędnik złapany na kłamstwie czy oszustwie będzie skończony, skompromitowany definitywnie odsunięty od korytka. Może kiedyś jednak nadejdą czasy, że matacwo, cwaniactwo będzie wstydem. Wtedy ktoś, kto został złapany na bezczelnym oszustwie, łamaniu prawa nie wymiga się od kary i nie wystarczy kilka łez, mówienie do kamery o nieszczęśliwej miłości czy zwykłe oskarżanie innych, by uniknąć odpowiedzialności.  I gdy już będzie tak pięknie, nikt nie okaże się na tyle bezczelny, że będzie publicznie domagał się zwrotu łapówki albo przedmiotów, które nabył w niejasnych okolicznościach.
-Z tymi politykami to jak jest?- Fela podłapała temat
-No, dobrze- poddaję się- to zacznijmy od początku. Ma facet lub babka ten przyszły polityk kawał pięknego mięsa. Obiecuje ci, że jak zagłosujesz na niego to ci go da.
-Nie, no fajnie to się opłaca- Fela już się rozgląda za kimś, kto chce zostać politykiem, za kawal mięsa jest skłonna zagłosować.
-Taa. Gdy delikwent dostaje to, co chciał okazuje się, że to samo mięso obiecywał wielu jeleniom.
-Jelenie mięsa nie jedzą- poprawia mnie Fela
-Dobrze naiwnym.
-Można podzielić – Fela wychodzi z założenia, że lepiej mało niż nic.
-O nie kochana, tacy jak ty cieniarze to nawet polizać nie dostaną. Szybko się okazuje, że polityk do dzielenia mięsa zatrudnia swoich, najlepiej rodzinę lub przyjaciół, oczywiście niemal natychmiast okazuje się, że musi zatrudnić jeszcze tych, co będę kontrolować dzielących i takich, co będą ważyć kawałki i tych, co będą zapisywać. Z innymi politykami musi być w komitywie, więc zatrudni kuzyna, kolegi z partii żeby mięso rozwoził. Jest jeszcze ktoś, kto będzie mięso badał, mył i pakował. Do jednego kawałka mięsa zatrudni się sztab ludzi i potem tacy leszcze na dole jak my, wszystkim im zapłacimy solidne pensje, bo się bardzo napracowali by uszczęśliwić naród.
-Ale, co z tym mięsem?
-Mięso dostaną ci, co będą robili zadymy, i ci, którym opłaca się dać. Jelenie no dobrze naiwniacy tacy jak my są tylko po to by ich oskubać. Pracuj ciężko, a my znajdziemy sposób by ci odebrać pieniążki. Taki polityk, co ci obiecał kawał mięsa, gdy tylko poczuje się bezpieczny szuka sposobu by jak najwięcej mięsa ukryć dla siebie. Nie ma znaczenia partia czy głoszone hasła
-To, dlaczego nie zostaniesz politykiem?
-Bo nie potrafię kłamać prosto w oczy. A tak przy okazji- przypominam sobie, o co chciałam spytać- gdzie jest mój klapek?
-Ja też politykiem być nie mogę- Fela patrzy gdzieś w bok udaje, że zobaczyła coś niezwykle interesującego.
-A klapek?
-Ja nic nie wiem- dalej patrzy w niebo, przebiera łapami.
Fela ma taki zwyczaj, że kradnie mi klapka i wynosi do ogrodu. Nie niszczy tylko wynosi. Zostawia gdzieś na trawie szczególnie lubię, gdy robi to w deszcz albo w przymrozek. Ciekawe, co będzie, gdy spadnie śnieg. Chce mi cos powiedzieć? Czy bierze ciągle tego samego klapka? Jeśli tak, to czy prawego? Muszę uważniej przyglądać się poczynaniom, bo być może one mają sens, który mi umyka.

środa, 20 listopada 2013

20.11 Wędrowiec czytadło na wieczór i nie tylko.


W innych okolicznościach bawiłby się tą sytuacją lub zachował inaczej dziś był już zbyt zmęczony i co tu ukrywać wyprowadzany z równowagi spotkaniem z Hankiem. Nie myślał, że jeszcze coś może go tak bardzo poruszyć i zaskoczyć a jednak.
         Król chrząknął nerwowo, wypiął pierś i podjął heroiczną próbę zminimalizowania strat. Nie był może geniuszem ale rozumiał że jego autorytet poważnie ucierpiał i niełatwo go będzie odbudować. Nie mógł się poddać bez walki jak jakiś mięczak miał zbyt dużo do stracenia. Był królem i lubił nim być.
-Jestem król Bonifacy pan tego zamku, król po
-Mówiłem chyba wyraźnie, czego nie zrozumiałeś? - Przerwał mu Opiekun- Ma być zwięźle bez zbędnych pierdół! To z jakiej rodziny pochodzisz mój ty zapatrzony w siebie Bonifacy?
        Zakapturzony mężczyzna westchnął ciężko, z żalem wspomniał swoją samotnie gdzie nie był narażony na towarzystwo takich pustych kolorowych pawi. Nie pasował tu, zbyt szybko się irytował. To nie był jego świat nie jego bajka. Kiedyś lubił towarzystwo ludzi, ale to było bardzo dawno temu.
-Mój ojciec był królem
-Ty królewska popierdółko zacznij w końcu mówić z sensem!- Wędrowiec przerwał, zastanawiając się czy nie palnąć porządnie króla po karku. Tak dla poprawy  nastroju, swojego oczywiście.  Nigdy nie zrozumiał uwielbiania dla osób sprawujących władzę, można było być dewiantem największym i tępym matołem a jedynym osiągnięciem bywał fakt urodzenia się we właściwej rodzinie a i tak ludzie głupieli z podziwu.
-Pochodzę z rodziny Małokrzakich która od prawie dwustu lat zasiada na tym tronie.
-Czemuż to wam przypadł ten wygodny stołek? Czym się tak wsławiliście?
          Król którego pamiętał Opiekun z czasów swojej poprzedniej wizyty w tym zamku był człowiekiem małomównym. Bez względu na sytuację ważył każde słowo, taki typ dobrodusznego filozofa. Był dobrym władcą i porządnym, uczciwym człowiekiem. Potwornie doświadczonym przez życie jego jedyny ukochany syn umarł na skutek nieszczęśliwego wypadku, dlatego pewnie nie uśmiechał się często. Tamten król wzbudzał jednak szacunek i sympatię. Wędrowiec nigdy nie pozwoliłby sobie na lekceważące traktowanie tamtego człowieka.
-Królewska para umarła nie doczekawszy się potomków. Moi przodkowie jako książęta krwi, doszli
do wielkich pieniędzy i władzy i..
Nie liczył już, który raz przerywa ten mało zajmujący go wywód, nie interesowały go szczegóły, zresztą i tak wiedział, że nie usłyszy prawdy. Zbyt długo żył by nie wiedzieć jak postępują ludzie, ile są w stanie poświęcić, ile zniszczyć dobra dla osiągnięcia władzy i korzyści. W końcu był Opiekunem, Wędrowcem tym, który znał najczarniejszą stronę ludzkiej duszy. To było jarzmo, z którym musiał żyć na dodatek nie dawało mu to prawa by zbyt surowo oceniać innych.
- Dobrze, mniej więcej wiem jak to zwykle wygląda. Przekupstwem szwindlami a i pewnie mordem załatwili sobie tę ciepłą posadkę, samo życie. Teraz reszta towarzystwa i zacznij od żony a nie od tych pań co specjalizują się w umilaniu ci życia.
-Kasandra księżniczka Lirii-  Z wyraźną niechęcią wskazał brodą ubraną w szarą prostą sukienkę kobietę. Tak ubrana przypominała raczej ochmistrzynię niż królową. Miała gładko zaczesane lśniące, zdrowe włosy, i tylko ona z całego zgromadzonego tu towarzystwa nie ubrała peruki. Jedyną jej ozdobą był krótki sznur czarnych pereł na szyi.- Doznała zaszczytu bycia moją żoną.
-Marny zaszczyt Bonifacy, śmiem powątpiewać w to jej wyjątkowe szczęście. Skutecznie  stłamsiłeś ten szlachetny kwiat. Pani myślę że najwyższy czas się obudzić i wyjść z  kąta gdzie zagnała cie ta zgraja przebierańców- Wędrowiec zwrócił się do królowej- nie urodziłaś się po to by cicho jak myszka przemykać po korytarzach własnego domu.
         Na usta kobiety wpełzł nieśmiały, ledwo widoczny uśmiech by jak za dotknięciem magicznej różdżki przemienić się promienny rogal ukazujący drobne białe zęby. Gdy się uśmiechała jej policzki niczym dorodne bułeczki naznaczone były głębokimi dołeczkami, wyglądała na całkiem sympatyczną osobę. Nie pasowała do tych ludzi nie lubiła ich a oni nie lubi jej, to było widać gołym okiem. Nie sprawdziła się w roli w jakiej widział ją mąż, nie chciała być barwną, pustą ozdobą, mierziły ją liczne przyjęcia i hulanki.  Była indywidualistką ceniącą spokój i ciepło domowego ogniska. Do szczęścia potrzebowała pracy, wyzwań a tutaj była tylko wypełnieniem przestrzeni, jak krzesło czy szafa. Była nieszczęśliwa i nie potrafiła wyrwać się z matni, więc zamknęła się w sobie uciekając od świata.

niedziela, 17 listopada 2013

Pako - globtroter



Pako i jego podróże, małe i te duże. 

Od urodzenia Pako podróżuje. 


Kosmici po raz pierwszy pojechali po Pakistańca do Poznania, gdzie jak sama nazwa miasta wskazuje, doszło do pierwszego zapoznania. 

Była już prawie wiosna, ale na granicy lasów wielkopolsko – lubuskich Pako i jego nowi ludzie zatrzymali się w lesie, gdzie leżał jeszcze śnieg.
Tam odbyli pierwszy spacer z kuleczką puchu z ostrymi kłami. Jeszcze wtedy na tyle maleńką, że puszczoną luźno, trzymającą się nogi, i z ludzką  wiarą, że malamut to pies, któremu można zaufać.
Po 3 latach podróży i spacerów stwierdzono, że malamutowi zaufać można, nigdy Ciebie nie zawiedzie, będzie leżał koło Ciebie w chorobie, lizał Cię po twarzy, uwali się na nogach, nie da o sobie zapomnieć przez cały dzień.
 Ale gdy pojawi się sarna, kot, kolorowy, krzyczący i biegnący berbeć, ewentualnie liść spadający bardzo interesująco z drzewa, niesamowicie fantastyczna, czarna szeleszcząca nieziemsko reklamówka, zaufanie mówi dobranoc, albowiem wita nas Pan Instynkt.
Kosmici do Pana Instyntku nie mają zaufania.
Z uwagi na to, iż Pan Instynkt nie pyta o zgodę kiedy się pojawia, kosmici wprowadzili niezłomną  zasadę, zaufanie przez kontrolę. 

No ale miało być o podróżach.
Pako to globtroter. 
W swoim trzyletnim życiu odbył następujące duże i małe podróże, gdzie poznał:

- Puszczę Białowieską, gdzie gonił, dobra chciał gonić, przebiegającego nieopodal, zerwanego ze snu żubra, (i nie był to żubr w butelce, choć „dobrze jest posiedzieć przy żubrze”), ale kosmici 2 ciałami i ośmioma kończynami, przytrzymywali Pakistańca bo chcieli, żeby jeszcze przez chwilę był  ich ukochanym psem, spacerował po pięknej puszczy i nie wszedł do rezerwatu Żubrów, bo były tam wilki, oraz jechał ciuchcią, z czego zadowoleni byli tylko kosmici,


- Rumię i Bałtyk, więcej niż raz, gdzie korzystał z psiej plaży, unosił się na słonych falallalalach i kopał największe doły w kuwecie, której nie ogarniał, wtedy trochę dotknął wolności, kąpał się codziennie wbrew woli kosmitów w żabiej sadzawce, w skali obrzydliwości 7 na 10, po czym rechotał w ukryciu, 


- Trójmiasto, w tym Gdańsk, gdzie lansił się przy Neptunie i usiłował go olać, 

- Kaszuby, gdzie fisiował w Borkowskim jeziorze, wycieczkował z kosmitami nad morze i grał z nimi w kosza, 

- stolicę Niemiec, niejednokrotnie, gdzie uczył się szczekać po Niemiecku, (podróże kształcą), zostawił cioci futro na brązowej kanapie, gościł na mega fajnym wybiegu dla psów, z ławkami dla kosmitów, gdzie zakochał się a pewnej włochatej Niemce rasy labrador, zranił łapę przy wieży telewizyjnej, 

- stolicę Polski, nie raz, a 2 razy, gdzie odwiedził mamę Ulę i przyrodnią siostry Sheynę oraz ciocię Ewelinę, gdzie zapoznał Beksę, która nie chciała się z nim bawić, bo była już stateczną damą, 


- stolicę wielkopolski, niezliczoną ilość razy, gdzie poznał Lunę, 



zwilżał futro na Malcie,


oddał labradorowi na wybiegu, jednak trochę ucierpiała jego Pani, bo broniła cwaniaczka, pobawił się ze świętej pamięci nieodżałowanym labradorkiem cioci Pati, Skipperem, po którym do dziś wszyscy płaczą, zapoznał również synka tej samej cioci Pati labka Barneya, który trącał go anteną telewizyjną, kąpał się w Warcie i stwierdza, że Poznań jest wart poznania, 

- wyspę Korcule, w Chorwacji, gdzie uczył się szczekać po Chorwacku, pierwszy raz płynął mega promem, dzielił się swoją karmą z Chorwackimi kotami, które okazały się szczwanymi lisami, odnalazł w sobie górską kozicę skalistą, gdy pewnego spaceru Pan uparł się, że idziemy skałami, a Pako gnał jak młody gniewny, oraz poznał smak wody bardziej słonej niż Bałtyk, 


- Kończyce Małe, gdzie zapoznał m.in. uciekiniera brata Bolka i siostrę V – jak Vendetta, zrobił dziurę w palcu Pani Bolka, bronił łysego i ogólnie był wykończony tyle było roboty, żeby całe to stado ogarnąć, 


 - Tarnawę, gdzie w lecie od czasu do czasu weekenduje z Happy i Flotą, kuma się z wieśniakami, którzy pewnie się przedstawiają, ale to pozostaje Paka tajemnicą, kąpie się w stawie pożwirowym, gdzie płynąc widzi swoje łapy, gdzie fajnie pachnie końską kupą i jest rzeka, gdzie bardzo lubi chłodzić fafule, 

- Józefów, gdzie kąpie się w bardzo czystym jeziorze cioci Oliwki, bawił się z bardzo męczącymi chłopcami, aż Pani musiała oszukać chłopców, że pies śpi, bo pies był na ostatnich łapach, 

- Uście, gdzie bawił się znowu z Roxą i Czesiem, zerwał kolejną linkę do prowadzania i odwiedził sąsiadów, celem zapoznania dwóch przemiłych buldożków francuskich, odwiedził dancing pod chmurką i kąpał się w śmierdzącym jeziorze, co było fajne, tylko dla Paka,

  
 
- Lubikowie, gdzie kopał dziury i kąpał się z prawdziwymi nurkami, których początkowo się bał, ale jak się okazało, że jego kosmita też jest nurkiem to przyjaźnie wył,


- w Niesulicach, gdzie ewidentnie łamał zakaz kąpania oraz zapoznawał wszystkie miłe suczki, które również odpoczywały na kempingu,


Pakowi wiele można zarzucić, ale szczerze to podróżnik idealny. 

Wprawdzie nie pakuje się sam, ale jest najmniej kłopotliwym uczestnikiem każdej wyprawy (choć przy Pani, nikt nie ma szans, w sensie największej kłopotliwości i kłótliwości). 

Pako ma swoją torbę podróżną, kocyk podróżny, miski podróżne.
W torbie znajduje się niezbędnik malamuta: chrupki (sucha karma- wg Pako, zbędny balast), gotowane piersi kurczaka (zapas na co najmniej jedną dobę), kurze łapki, psie markizy, psie biszkopty, tchawica suszona, piłka do tenisa, wkręt do ziemi z metalową 20 metrową linką, bidon podróżny, 2 ręczniki, woda, książeczka zdrowia i paszport, psia apteczka, drewniana kość, gumowa piłka, żółta typu Konga. 
Posłanie się nie zmieści więc jedzie dodatkowo obok (luźna myśl mnie naszła, żeście powariowali).

Wiadomo, że przed podróżą jest wybiegany, wysikany, odpowiednio wcześnie nakarmiony, ale przecież w mega długiej podróży bywa różnie, ale to pies „nie ma problemu”, jakby co, mnie nie ma, aż nie dojedziemy.
Nie zgłasza głodu, nie domaga się przystanków, nie śpiewa, nie marudzi, nie piszczy, nie wierci się, nie pyta ile jeszcze, nie mówi zwolnij, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z podróżą. 

Do wcześniej przygotowanego legowiska (Pako nie jeździ w bagażniku, bo wyje, jakby go ze skóry obdzierali, a poza tym, w końcu to wspólna wyprawa) polegającego na wyrównaniu poziomu siedzenia walizką, żeby miał większą powierzchnię do spania, i położeniu koca, po zapięciu w pas i szelki co oczywiste, Pako zasypia.
Budzi się gdy się zatrzymujemy, załatwia się, zjada i śpi dalej. 

Tak pokonaliśmy drogę do Chorwacji, do Puszczy, do Warszawy i wszędzie gdzie było bliżej.
Nie pies, anioł.
No to komu w drogę temu malamut.