niedziela, 5 października 2014

Jajko, tuńczyk, czekolada. 3 Kicia



Wylicytowane słowo- Kicia



Popatrzył na nią z wyrzutem niczym zbity pies, w innej sytuacji by się złamała i może nawet przeprosiła. Trzeba przyznać, świetnie potrafił nią manipulować, ze zgrozą wyobraziła sobie stojącą koło Leona taką malutką kopię, klonika tatusia. Nie. Absolutnie nie, taka dwójka wpędziłaby ją do grobu szybciej niż później. Leoś mocno zdziwiony, że tym razem nie udało mu się uzyskać pożądanego skutku, podreptał niechętnie do łazienki. Po pięciu długich minutach wyszedł już, jako błękitno- niebieski osobnik, wyglądał dużo lepiej niż w obcisłej, kwiatowej sukni. Anka szczerze żałowała, że nie wykazała inicjatywy i nie sfotografowała jego poprzedniego zaskakującego image.
-Księżniczka jeszcze czegoś sobie życzy?
Jak dla niej pozwolił sobie na zbyt dużo ironii.
-Nie, tylko żeby melon był dojrzały- westchnęła tak jak to mają w zwyczaju żony, dając do zrozumienia, że doskonale wie, że oto znowu zdarzy się sytuacja typu, tłumaczyłam ci tysiąc razy a do ciebie i tak nie dotarło.
Zgrzytnął zębami i wyszedł.
Nie czekając, złapała komórkę i wybrała numer Rysi.
-Cześć Ryśka mam do ciebie sprawę, ważną i to taką na wczoraj.
-Cześć, to może być trudne jest u mnie Ki.. Iwonka - poprawiła się szybko.
No tak, każdy ma swoje problemy. Kicia znowu niczym dobrze wyszkolony agent zlokalizowała i dorwała Ulkę. Naprawdę współczuła siostrze, okazało się, bowiem że z nich dwóch to Rysia bardziej potrzebowała pomocy i wsparcia.
-Rozumiem, zadzwonię później- zakończyła rozmowę, próbując nie okazać jak bardzo jest rozczarowana.
-To pa.
-Pa
Kicia to było dopiero coś, egzemplarz tak oryginalny, że aż nie powinien się trafić, w każdym razie nie w życiu normalnego człowieka. Ula nie cierpiała dziewuchy jak zarazy a im większą czuła niechęć, tym bardziej tamta szukała jej towarzystwa. Historia się powtarzała, to chyba jakiś jeszcze nieopisany i niezbadany syndrom Ryszarda. Z tym, że tym razem wszystko było bardziej skomplikowane. Kicia jest asystentką prezesa w firmie, w której pracuje Ula. Wygląda dokładnie tak, jak zwykle sobie wyobrażają asystentki mężczyźni, którzy nie mają z nimi nic wspólnego. Ma idealną figurę, szczupłe, długie nogi a tam gdzie trzeba odpowiednio duże krągłości. Na co dzień preferuje kolor różowy, czasem dla odmiany wybiera ubrania w cętki. To miało i dobre strony kobiety, które musiały przebywać w jej towarzystwie cieszył ten niezrozumiały pociąg do kiczu i odpustowości i to, że wybierała ciuchy, który zupełnie nie pasowały do jej klasycznej urody. Była przykładem osoby, która coś idealnie stworzonego, potrafi tak zamaskować, że pozostawał tylko plastikowy kociak. Oczywiście Kicia uwielbia dekolty najbardziej te sięgające pępka, spódnice pani asystentki miały za zadanie przykryć bieliznę, tylko tyle od nich oczekiwała. Co do zawodowych umiejętności Kici to nikt nie wiedział, co potrafi. Nikt oprócz prezesa, który tę wiedzę zarezerwował tylko dla siebie. Musiała być niezwykle dobra w tym, co tak zachwyciło prezesa, bo od kilku lat bez problemu utrzymywała się na swoim stanowisku. Nie było innej możliwości, była nikim innym jak kochanką prezesa, co było tajemnicą wielką jak i powszechnie znaną. W samym ukrywaniu tego związku kryło się coś więcej, coś niepokojącego i dziwnego. Prezes rozwiódł się z żoną dużo wcześniej niż Kicia zawitała do firmy. Był rozwodnikiem bez zobowiązań a i Kicia nie miała nikogo, no chyba, że jakimś cudem ukrywała amanta lepiej niż swoje powiązania z prezesem. Nic dziwnego, że wszystkich w firmie intrygowała ta szopka, która była początkiem zadziwiających plotek i hipotez. Kici nikt nie lubił i nikt nie chciał mieć z nią nic wspólnego, oczywiście oprócz prezesa. Nikt, nawet ludzie o anielskiej cierpliwości nie darzą sympatią przechadzającej się po firmie wydekoltowanej panny, wygłaszającej różnej maści mądrości, która nie zauważa, że inni wykonują jej pracę. Problem tej firmy polegał na tym, że pracowała tam zgrana, kompetentna załoga, która robiła to, co naprawdę lubiła, nikt nie chciał odchodzić z powodu jednaj różowej Kici. Dotyczyło to również Ulki, ale chyba pomału dojrzewała do zmiany decyzji. Kicia by pokazać jak bardzo ceni koleżankę zwracała się do niej per Ryszardo i co gorsza przestały jej wystarczać pogawędki w pracy, zaczęła nawiedzać Rysię w jej własnym domu. Ryśka czyniła wręcz nadludzkie wysiłki by unikać Kici, tamta jednak była zawzięta i chyba głucha, ślepa, bo żadne delikatne aluzje do niej nie przemawiały.
Wstała z łóżka. Trudno, będzie musiała poczekać do poniedziałku a wtedy sama pójdzie do apteki, nastawiła wodę. Nie będzie robić zamętu, jeśli Ryska dziś nie może wyswobodzić się z rąk wampirzycy, to trudno. Przeżyje to jakoś. Teraz zadowoli się dobrą herbatką.

piątek, 3 października 2014

Garść newsów

Co tam u nas? A no są zmiany. Niedawno udało nam się znaleźć nowe mieszkanko, gdzie o dziwo to,  że mamy Maszę zadecydowało, że to nas wybrano do zamieszkania spośród ok 60 chętnych. Wcześniej jak szukaliśmy to na hasło "pies" każdy odmawiał wynajmu. A w tym przypadku  Masza z kłopotu stała się przywilejem :) i o to chodziło! :) Od kilku dni posiadamy klatkę w domu, bo Masza pozostawiona na podwórku wyje i uprzykrza życie sąsiadom (niestety bardzo ciasna zabudowa) i były skargi więc zostawiamy ją w domu tyle, że w klatce, bo boimy się, że może dobrać się do np drzwi i ścian. Póki nie jesteśmy na zupełnie swoim to nie możemy sobie pozwolić na tego typu zniszczenia. Narazie Masza była w klatce aż jeden raz przez godzin ok 5. Jakoś przeżyła :)
W ubiegły weekend udało się w końcu zapoznać Maszkę z Bajerem od Moniki. Poszliśmy razem na spacer w koło pobliskiego jeziora. Wszystko było ok do póki Bajer nie postanowił zamoczyć łapek i jęzora w ów jeziorze. Wyszło mu to dość niezdarnie bo poślizgnął się na mokrych od deszczu kamieniach i wygramolił się na brzeg. Masza była na brzegu i obserwowała go tylko... Bajer wylazł a Masza z głupawką i z rozpędu wskoczyła do wody i popływała chwilę. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem bo wyglądało to tak jakby Masza mu chciała pokazać jak należy korzystać z uroków jeziora i szeroko pojętego kontaktu z wodą. Trzeba Wam wiedzieć, że Maszy daleko do zapachu fiołków gdy jest mokra. Staramy się jej nie moczyć po południu, żeby zdążyła wyschnąć. Niestety nie dość, że padał deszcz to jeszcze ta kąpiel... a jak ona nie wyschnie w ciągu jednej doby to potem do ogólnego smrodu dochodzi zapach stęchlizny.... uroczo :)
Poznajemy póki co najbliższą okolicę. mamy jezioro i całkiem sporo lasów. Niektóre lasy niestety mało dostępne bez nieprzemalaknych ubrań i butów.
Maszka perfekcyjnie nauczyła się jeździć autobusami miejskimi. Gdy nie było klatki to zabierałam ją ze sobą do pracy. Wie w którym miejscu siadamy, wie, że trzeba usiąść pod ścianą a nie na środku i świetnie wyczuwa kiedy zbliżamy się do miejsca gdzie wysiadamy. I zawsze mnie bawi, że gdy wysiadamy zawsze kilka sekund jest zdezorientowana gdzie też to tym razem wysiadłyśmy.
Po powrocie do domu Masza najczęściej chce zostać na dworze. Zamontowaliśmy jej więc na trawie stake-out z sześcio-metrową linką i sobie odpoczywa pod drzewem. Wolę ją przypiąć bo zdarzało jej się, że pozostawiona luzem szła sobie poodowiedzać sąsiadów.


































środa, 1 października 2014

Jajko, tuńczyk, czekolada. 2. Rysia





Wylicytowane słowo - Rysia



Bardzo chciała, ale jednak potrafiła sobie wyobrazić walczącego Leona, a już na pewno nie na golasa. Nie, to stanowczo nie jest dobry moment by myśleć o takich absurdalnych sytuacjach, choć z drugiej strony to mogłoby być interesujące. Podskoki albo pozy jak z filmu karate, nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać. Szybko odsunęła od siebie tę coraz bardziej wciągającą wizję golizny i nieprzyzwoitych wygibasów.  

Jej Leoś to typ, który wierzy w moc sprawczą słowa, ślepo wyznający religię mediacji, jako lek na każde zło. Dobry człowiek, na którym można polegać, ale ona w tej chwili potrzebowała kogoś kreatywnego, niemyślącego szablonowo, stanowczo musi zadzwonić do Rysi. Musi rozwiać wszystkie wątpliwości i sama siebie przekonać, że smak szarlotki, od której wariował jej żołądek nie oznacza ciąży. Gdyby poprosiła Leona o natychmiastowy zakup testu ciążowego, wpadłby w panikę i zamęczył ją pytaniami hipotezami i nie wiadomo, czym więcej. Nie miała sił ani nawet ochoty.
Rysia to jedyna siostra, jaką posiada, na którą może liczyć w każdej nawet najbardziej zwariowanej i absurdalnej sytuacji. Tak naprawdę nazywa się Urszula po babci, która robiła najlepsze konfitury na świecie. Ta Rysia to scheda z przedszkolnej przygody, która naznaczyła ją na wieki wieków. Ulka była już w starszakach, gdy pewien maluch wybrał sobie ją na idolkę. Dlaczego? Nikt tego nie wiedział, bo ona smarkacza zawzięcie przeganiała i nawet przekupiona bawić się z nim nie chciała. Dzieciak z tylko sobie znanego powodu oszalał, świata po za Ulką nie widział, co zważywszy na jego młody wiek było trochę dziwne. Pewnego razu by pokazać jak ważna jest dla niego Ula, zabrał miseczkę z własnym budyniem czekoladowym i uciekł z jadalni by ofiarować go swojej bogini. Tak się jakoś niefortunnie złożyło, że tuż przed Ulką wystroją w białą cudem zdobytą sukienkę z paczek z ameryki, poplątały mu się krótkie nóżki. Wynikiem dziecięcej niezgrabności budyń wylądował na białym, pięknie haftowanym karczku sukienki, zdobiąc go malowniczą brązową plamą. Jak się później okazało nie do usunięcia. Malec stremowany obecnością Uli nawet nie zauważył jej wściekłości tylko wystękał
– Rysia kocha Rysia.
I tak mały Ryszard w jednej chwili stał się największym wrogiem i koszmarem Uli, przy okazji wpływając na zmianę jej imienia. Od tamtej pory nikt do niej nie mówił inaczej niż Rysia.
Nienawiść Uli do Rysia ciągnęła się latami. Szczerze nienawidziła chłopaka przez całą podstawówkę a potem ogólniak. Rysiek robił, co mógł, ale niestety plama na sukience nie dawała żadnych szans na rehabilitację. Oczywiście nic nie jest wieczne, nawet nienawiść potrafi wyblaknąć. Gdzieś w okolicach drugiego roku studiów Rysio zniknął, po mieście niczym fala tsunami rozlała się fama, że wyjechał do Stanów. W jednej z wersji twierdzono nawet, że przekraczał nielegalnie granicę z Meksykiem i mało się nie utopił w Rio Grande, albo jakieś innej rzece. W innej, że zastrzelili go handlarze narkotyków biorąc za konkurencję. W każdym razie nie było dobre dziesięć lat. Wrócił odmieniony szczuplejszy z modną wyżelowaną fryzurą i błękitnych jeansach. Po powrocie szybko otworzył firmę przewozową, widać miał do tego dryg, bo po trzech latach budował sobie pałac. Wtedy też przysłał Uli piękny złoty naszyjnik, że niby mu przykro i przeprasza za ten budyń z przed lat. Ryśka z bólem serca i łzami w oczach odesłała błyskotkę, naszyjnik był naprawdę piękny. Dwa dni później odwiedziła ją narzeczona Ryśka. Tleniona, wymalowana niczym gwiazda z teledysku blondynka w różowej mini, łamaną polszczyzną zażądała by prezent przyjąć, bo Rysiowi przykro jest a on denerwować się nie może, bo ma wrzody na żołądku. Osłupiała niezdolna do normalnej reakcji Ula została z pudełeczkiem w ręku, które chwilę później szybko i ze wstydem zakopała głęboko w szafie. Błyskotkę spieniężyła, gdy zabrakło jej gotówki na kupno swojego pierwszego mieszkania. Wtedy też tak naprawdę wybaczyła Ryśkowi.
-Leon czy my mamy w domu gorzką czekoladę?- Doskonale wiedziała, że nie mają, ale chciała się go pozbyć. Wczoraj wieczorem widziała na własne oczy jak ukryty za drzwiami pałaszował ostatnią.
-Muszę sprawdzić- poszedł w zaparte, od zawsze twierdził, że tak naprawdę to on wcale nie lubi słodyczy.
-To sprawdź, jak nie ma to skocz do sklepu- na wszelki wypadek westchnęła dając do zrozumienia, że nie czuje się dobrze.
-Teraz?- Widać, że nie bardzo miał ochotę biegać po sklepach
-Nie za miesiąc, bo, po co mi teraz? Zemdlałam żelaza mi trzeba albo magnezu- wiedziała, że coś tam jest w tej czekoladzie, ale jak na złość nie mogła sobie przypomnieć.
-To ja może zadzwonię przywiozą a ja cię popilnuję żebyś nie zasłabła albo coś- zaproponował zachwycony jak genialnie potrafił wybrnąć z sytuacji.
-Dwie chcę i sok bananowy a przy okazji możesz mi kupić jeszcze melona-Udała, że nie słyszy.