piątek, 30 marca 2012

strony

Na blogu powstają dodatkowe strony. Na razie jest to jedna strona z informacją jak można przekazać 1 % podatku Fundacji Adopcje Malamutów. Kolejne strony będę powstawały w miarę potrzeb, są już w fazie rozważań. Linki do stron widać ponad  postami, z powrotem na stronę postów prowadzi link "Strona główna".

Fundacja Adopcje Malamutów opiekuje się między innymi Nuką, a wcześniej opiekowała się Luną. Potrzeb jest bardzo dużo, skrzywdzonych psów wciąż przybywa, a one na swoje utrzymanie i leczenie potrzebują pieniędzy. Jeśli chcesz pomóc, to odliczenie podatkowe jest jedną z form pomocy.

03.04.2012
Zapraszam do przeczytania pierwszej bajki na naszym blogu. Na stronie "Bajki", w zakładce powyżej, mamy bajkę którą napisała Jola o zagłodzonej, ciężarnej Twiggy, która nadal jest pod opieką fundacji. Teraz jest już odkarmiona i szczęśliwa, razem ze swoją przyjaciółką szukają domu.

wtorek, 27 marca 2012

Otwieracz do róż


- Jak ci koń stanie przed przeszkodą i nie skoczy, to wracasz robisz najazd i próbujesz jeszcze raz. Nawet jak to jest koniec treningu. Musi skoczyć – oznajmiłam z desperacją, trzymając mocno obrożę Nuki. Właśnie zakończyliśmy półgodzinny pościg za psem. Wszyscy czworo mieliśmy dość, no może troje, z wyjątkiem Raptora.

- Czyli co: nie do samochodu, tylko dalej? – zapytał zdyszany mąż.
- Tak. Ale po płaskim. I już Nuki nie spuszczam.

Ruszyliśmy więc dalej podziwiając malownicze tereny i zastanawiając się, czemu się nie udało.

Ten spacer mógł być przełomem. Była niedziela. Piękna pogoda. Postanowiliśmy zabrać psy w jedno z naszych ulubionych miejsc. Wyobraźcie sobie: poniemiecki jaz z drewnianym mostkiem, tamę, błękitną Odrę, która z dwóch stron opływa kawałek dzikiego terenu tworząc urokliwą wyspę, pełną łąk, lasów, magicznych cichych jeziorek, kaczek, saren i zajęcy. Miejsce jest piękne o każdej porze roku i zazwyczaj całkiem puste. Większość ludzi wybiera spacer uregulowanymi wałami po „lądowej” stronie Odry, zamiast brnąć po pas w chaszczach, nawet jeśli uroczych. Zwykle spędzamy w tym miejscu kilka godzin, a psy mogą się cieszyć nieskrępowaną wolnością.  Jest czas na zabawę i pracę. To miejsce to nasza tajna broń: taki otwieracz dla psów. Cokolwiek dzieje się z naszymi podopiecznymi z Fundacji, tam otwierają się na życie. Tam pojawia się uśmiech na pyskach. Tam właśnie zaczynają rozumieć, że świat jest dobry, Eskimosi nie krzywdzą, a wspólne bieganie sprawia radość.

I rzeczywiście, także tym razem wszystko szło gładko i zapowiadał się przełom. Nuka biegła tuż przy mnie, zrelaksowana i spokojna, z roześmianym pyskiem. Chyba było jej przyjemnie.

- Spuść ją – podsunął mąż.
- Nie, na to jeszcze za wcześnie. Ona na smyczy mniej się stresuje.
- Nic się nie stanie. Zobacz: gdzie miałaby tu uciec?
- Nie, to zły pomysł. Ta wyspa na ze sto kilometrów kwadratowych. Albo jakoś tak. Może na ląd nie przepłynie, ale jak nam tu zwieje, to będziemy jej szukać lata świetlne.
- Musisz jej w końcu zaufać. Ona wie, że ma tylko nas. Będzie się nas trzymać. Zobaczysz.

Już kiedyś słyszałam tekst o zaufaniu. Kiedy nasze małoletnie dziecko prosiło, żeby pozwolić jej spać u koleżanek. A potem się okazało, że czas spędziły na „dorosłej” dyskotece. W Bóg wie jakim towarzystwie. Więc teraz miałam uzasadnione wątpliwości:

- Ja jej nie przywołam. Ona wciąż słabo reaguje na swoje imię, nie wspominając o komendach. Jak pójdzie, to koniec…
- Spuść. Już czas. Nie będzie lepszej okazji. Zobaczysz, że nic się nie stanie.
- Dobra – poddałam się w końcu. Znajdowaliśmy się na płaskiej jak stół łące. Niełatwo jej będzie zwiać tak, żeby się zgubić. – ale jak pójdzie to ty ją gonisz!
- Dobra. Jak pójdzie to ją złapię. Ale nie pójdzie. No odepnij w końcu tę smycz, bo chce porobić jej ładne zdjęcia. Bez ciebie!

Beze mnie! Milutki… 
No, ale spuściłam. Niech ma te swoje „ładne zdjęcia”. Ruszyliśmy do przodu i po chwili niechętnie musiałam mu przyznać rację. Nuka bez smyczy szła dalej przy nodze.
Zapowiadał się spacer marzeń.  Wędrowaliśmy po łące przez jakieś 15 minut. Krajobraz płaski jak stół, piękne słońce, ciepło, cicho, spokojnie. Raptor śmiga jak kometa tam i spowrotem, Nuka trzyma się przy mnie. Bajka!

- Do lasku? – zapytał maż. A ja się zgodziłam.

Powinniśmy byli to przewidzieć. Ale nie przewidzieliśmy. Mieliśmy listę rzeczy, których Nuka się boi. Zawiera 793 pozycje. Myśleliśmy, że jest już kompletna. Niestety, tego tam nie było...

Skręciliśmy w stronę niewielkiego wału, który oddzielał łąkę od lasu. Wał miał jakieś półtora metra wysokości i był obrośnięty taką samą łąką jak reszta terenu. Zupełnie niczym się nie wyróżniał. Dla nas. Bo Nuka nagle przystanęła. Obejrzałam się na nią zbyt późno.  Ze szczytu pagórka. Nuka stała trzy metry od wału. Skamieniała ze strachu patrzyła na potworne, krwiożercze i wyraźnie agresywnie nastawione WZNIESIENIE TERENU!

- No co ty, daj spokój. Chyba nie boisz się GÓREK? – zapytałam.

A właśnie że się bała!
Przez chwilę przyglądała się mi badawczo, bo może z tego zejdę i wrócimy do domu… I wtedy usłyszała nawoływania mojego męża, potwierdzone entuzjastycznym wyciem Raptora:

- No chodźcie! Tu jest jeziorko! – wrzeszczała w dwóch narzeczach, niczego nieświadoma para moich samców. Nuka zrozumiała, że jednak nie zejdę. Bezradnie rozejrzała się wokoło... I wtedy zobaczyłam w jej oczach ten Malamuci błysk. Patrzyła wzdłuż wałów… Wyraźnie mierzyła odległość.

- Nuka daj spokój! Nie obiegniesz! Te wały są poniemieckie. Solidne. Bez przerw. Ciągną się… ho-ho… - powiedziałam łagodnie, żeby jej dodatkowo nie przerazić.
Jak to: ona nie obiegnie?! No, to ja jeszcze zobaczę, że obiegnie!

- No chodźcie, co tak stoisz?! – krzyczał mąż z odległości jakiś 100 m po jednej stronie wału, podczas gdy Nuka, po drugiej stronie, była już w połowie drogi do źródeł Odry. Miałam zamiar przypomnieć mężowi kto miał gonić za Nuką, ale dałam spokój. Mała Siostra jak się uprze do śmiga jak wiatr. Na tłumaczenia nie zostawia ani minuty…

Pierwszy zorientował się Raptor. Kątem oka zobaczyłam, że biegnie równolegle do mnie, w ślad za Nuką.
- Dobry pies -  wydyszałam, doceniając wsparcie bardziej inteligentnego z moich samców. Była szansa, że dogoni Nukę, przyciśnie do ziemi i każe jej na mnie poczekać. Niestety…

- Raptor, a ty gdzie! Do mnie! Tutaj! Ale już! – wrzasnął mąż za naszymi plecami, niwecząc moje nadzieje na udany pościg. Mój pies spojrzał na mnie przepraszająco:

„Sorki, nic nie poradzę. Była komenda: do mnie. Dasz radę sama?” – pytał spojrzeniem.
„Spoko. Leć. Takie są zasady.” - odpowiedziałam, mrugnięciem obojga oczu dając sygnał, że ma posłuchać męża. Raptor zawrócił, a ja biegłam dalej.

Nuka zobaczyła, że teraz już wszyscy są po właściwej stronie krwiożerczej górki, więc uznała, że zamiast ją obiegać, najbezpieczniej będzie wziąć azymut na samochód i wrócić do domu. Przecięła łąkę. Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam, że niezawodny Raptor jednak pomaga. Już na smyczy z całej siły wlecze zziajanego męża w naszym kierunku.

- To Ty miałeś ją gonić – wrzasnęłam do męża przez ramię. Dałabym spokój, ale moje serce było w stanie przedzawałowym.
- Ja prowadzę Raptora – odwrzasnął mąż. Leniuch jeden!

Zatrzymałam się. I tak wiedziałam, że Nuka wraca do samochodu.

- To ja go poprowadzę, a ty ją goń – oświadczyłam. Bo nie lubię cwaniactwa, lenistwa i niedotrzymanych obietnic. I też dlatego, że byłam o krok od śmierci z wyczerpania.
Zamieniliśmy się rolami: ja dostałam psa i aparat (choć dźwigałam już plecak), a mąż dostał zadanie żeby złapać Nukę. Bez wsparcia psa pociągowego.

Ostatecznie to ja ją jednak złapałam, a dokładnie usiadłam na ziemi, odetchnęłam głęboko, rozluźniłam wszystkie mięśnie, wyciągnęłam dłoń i miękkim głosem poprosiłam żeby do mnie przyszła. Zadziałało. Ale tylko dlatego, że dzięki wsparciu Raptora i sprytowi mojego męża, który nieznacznie zmienił kierunek biegu, udało mi się zbliżyć do niej na 10 a nie na 100 metrów…

Postanowiliśmy wdrożyć „Regułę konia” i zamiast wrócić do samochodu, jeszcze godzinę spacerowaliśmy po wyspie. Nuka, przerażona i załamana, ani razu już się nie uśmiechnęła. Wlekła się za nami, bojaźliwie wypatrując kolejnych wzniesień terenu. Znaleźliśmy łagodne zejście z nad wodę i mąż zabrał tam oba psy. Zachwycony Raptor stał po kolana w Odrze zanim mąż z Nuką dotarli do połowy pagórka. Ani przykład Raptora, ani zrelaksowany, pewny siebie krok mojego męża nie podziałały. Nuce nie podobało się schodzenie z górek, a jeszcze bardziej wspinanie się na ich szczyty. Chciała do domu i koniec.

***

- Nie wiem dlaczego się nie udało. To miejsce zwykle otwiera psy jak otwieracz. Tracę nadzieję, że ona kiedykolwiek przestanie się bać… – powiedział smutno mój mąż wręczając mi w domu kubek gorącej herbaty. Usiedliśmy na werandzie przyglądając się  zrelaksowanym psom leżącym na trawie w naszym ogrodzie. Nuka dopiero teraz uśmiechała się pełnym pyskiem.

Może z innymi psami tak było, ale Nuka to Nuka. Nie przypomina innych psów. Nie da się jej otworzyć jak puszki konserw: bzyk i po sprawie. Nukę trzeba otwierać jak… RÓŻĘ:

Otulać ciepłem, zraszać mgiełką miłości. Osłonić od wichrów okrucieństwa. Nawozić nadzieją, żeby puściła młode i silne pędy wiary… Wytępić niewidzialne mikroby złych doświadczeń… Wypielić z serca wszystkie bolesne chwasty wspomnień… Pielęgnować, chronić i... Czekać. Aż pewnego dnia zobaczymy ją w pełnym rozkwicie. Każdy płatek osobno. Radość i dumę. I wiarę że miłość, bezpieczeństwo i troska nie są kaprysem natury. Że nie przeminą. Że wolno być szczęśliwym. I śmiać się od ucha do ucha. Cały czas.

- A widziałeś nasze róże? - zapytałam zmartwionego męża.
- Widziałem. Wyglądają fatalnie…
- Właśnie! Zawsze tak wyglądają po zimie. Suche, martwe badyle. Jakby się miały nigdy nie zazielenić. A jednak kwitną co roku!
- ...dobrze... Dajmy jej czas... Do sierpnia. - uśmiechnął się mąż.

…a więc do sierpnia…

sobota, 24 marca 2012

Lunie fascynacje czyli pies też człowiek




Wygląda na to, że Luna na dobre się u nas zadomowiła. Ostatnie pozory respektu i szacunku zniknęły, a to za sprawą kuchennej leżanki. Psia spryciula aby pokazać, że akceptuje nowe warunki lokalowe zaanektowała któregoś ranka niezamieszkałą jej zdaniem kanapę. Ledwo ją siłą intelektu i odrobiną marchewki zwlekłam z ludzkiego legowiska, bo już groziła mi poranna kawa na stojąco. Aby zapobiec w przyszłości podobnym ekscesom za radą doświadczonej właścicielki dwóch krnąbrnych malamutów popsikałam obficie kanapę renomowanym specyfikiem. Zgodnie z instrukcją obsługi miał on przy pełnej nieszkodliwości dla ekosystemu i lodów Arktyki trzymać mojego pupila z dala od powierzchni nim uraczonej pozostawiając przyjemny dla mnie cytrynowy zapach. Nie wiem czy to była cytrusowa bryza czy raczej zapach dezodorantów z początków lat 90tych, dość że na mnie preparat zadziałał zaskakująco skutecznie – opuściłam pomieszczenie z kanapą i poszłam się wietrzyć przy myciu okien. Gdy po chwili zerknęłam do kuchni - ot tak bez przyczyny - zobaczyłam Lunią mordkę z rozkoszą wtuloną w koc jeszcze wilgotny od odstraszacza. Reszta Luny leżała na kanapie. Konkluzja – gdy spodziewamy się niespecjalnie mile widzianych gości siedziska dla nich przewidziane spryskujemy owym preparatem. Do nabycia w dobrych sklepach zoologicznych.
A tak z zupełnie innej beczki.....niedawno odwiedził nas zaprzyjaźniony strażak. Ubrany w mundur, z wzorową postawą zrobił na naszej psiej pannie piorunujące wrażenie. Zazwyczaj nieufna wobec obcych, w szczególności mężczyzn, tym razem Luna pozwoliła się od razu pogłaskać, pokazała większość opanowanych komend i jeszcze wycałowała naszego strażaka jakby szedł na wojnę. Bez smakołyka w zamian!! A to wszystko patrząc mu z rozanieleniem w oczy! A na koniec uciekła za nim aż na schody i siłą ją trzeba było zaciągać do domu. Służby mundurowe najwidoczniej Lunie przypadły do gustu. Nic to, jutro jedziemy na skały, może ciężka praca wspinacza też jej zaimponuje. Bo przecież pies powinien być dumny ze swoich domowników, a żaden z nas strażakiem niestety nie jest....Poza tym myślę, że to była tylko chwilowa młodzieńcza fascynacja, a prawdziwą miłością Luny są...rowery i podmokłe plenery. Ale o tym następnym razem.