środa, 16 kwietnia 2014

16.04 Wędrowiec, muskularny służący.



        Psy wbiegły do komnaty, zaczęły łasić się do nóg. Wiktor z zakłopotaniem strzepywał białe kłaki z portek utytłanych ziemią.
-O nie aż takim szaleńcem nie jestem, niech inni się męczą. Nerwicy bym się jeszcze nabawił na stare lata. Mam pewnego kandydata  w zanadrzu, tkwi tu jakby na specjalne zamówienie. Niespełniony hrabiowski pedagog prawie bez uprzedzeń, trochę upierdliwy, ale da się go znieść. Najpierw jednak mam do załatwienia pewną przeprowadzkę, została tu jeszcze jakaś kareta na stanie?
-Nie wiem panie jeszcze nie sprawdziłem, nie wiedziałem, że trzeba.- Wiktor zapłonął niczym pochodnia.
Pewnie w normalnych okolicznościach Wiktor znałby tu już każdy zakamarek. Był bystry i spostrzegawczy. Teraz jednak zbyt był pochłonięty bieganiem z psami by wciskać swój ciekawski nos w każdy kąt. Wędrowiec nie miał mu tego za złe, wręcz przeciwnie cieszył się, że chłopak dobrze opiekuje się malamutami.
-To leć i sprawdź. Jeśli nie znajdziesz to trzeba będzie poszukać czegoś na mieście. Jeżeli zaś coś tu jest to sprawdź czy da się w niej dyskretnie przewieźć pasażerów.-Poinstruował chłopaka zawczasu by zaoszczędzić mu niepotrzebnego biegania.
-Jakieś panny?- Zachichotał Wiktor, po czym speszony szybko przykrył dłonią usta.
-Tak, jedna koło siedemdziesiątki. Jak ci się spodoba, to mogę odstąpić.
Mina chłopaka była bezcenna i znacznie poprawiła samopoczucie Opiekuna. Wiktor nie na żarty się przeraził, że przez kilka głupich słów ściągnął na siebie następny kłopot. Jeszcze nie wiedział jak sprawy się mają z tym uczeniem a tu mógł się skazać na towarzystwo nieznajomej staruszki. Opieka nad psami jak najbardziej mu odpowiadała, ale romans z siedemdziesięcioletnią kobietą to jakiś koszmar.
-A nie panie ja tak tylko..- W duchu przeklinał swój zbyt długi język.
-Dobrze leć żartownisiu.
        Wiktor wyskoczył jak z katapulty, psy merdając radośnie ogonami bez namysłu pognały za nim. Uważały go już za członka swojego stada.
Zapowiadał się ciężki dzień. Następny z tych zmuszający go do wyjrzenia poza brzeg wygodnej dopasowanej do jego potrzeb skorupy. Nie bał się, że poparzy palce raczej, że wróci mu ochota by żyć. Targały nim coraz większe wątpliwości. Nie zrozumiał jeszcze, dlaczego właśnie teraz przywiódł go w to miejsce głos Hadwigi. Nie miał złudzeń, nic nie było dziełem przypadku. Wszystkie nici i poszlaki dziwnie się plątały, zasupłując w zupełnie niezrozumiałe węzły. Wszędzie widział tajemnicze cienie, które całkiem gmatwały mu jasność widzenia. Czuł obecność istot mitycznych, baśniowych, więc albo świat się zmienił i do gry doszły mu nieznane siły, albo przez to całe cierpienie i odosobnienie poplątało się mu całkowicie w głowie. Dodatkowo złościło go, że tak naprawdę nie miał jasnego planu działania, wyznaczonego celu. Porwał go prąd a on bez walki płynął w nieznane, nawet nie wiedział czy aby niezdąża wprost ku zagładzie. On, który zawsze uważał, że jest panem swego losu, kowalem swoich minut. Teraz był bezradny niczym dziecko, uznał to za ironie losu.
-Panie jest kareta i ma takie miękkie zasłonki w oknach.- Wydyszał jeszcze w biegu powracający Wiktor. Chłopak starał się, by zadowolić Opiekuna osiągał prędkości niczym koń wyścigowy. Zachodziła obawa, że z tej gorliwości dostanie zapalenia płuc albo nawet czegoś gorszego. Nie miał jednak ochoty gasić jego młodzieńczego zapału, niech młody czuje, że żyje.
-To dobrze się składa. Biegnij w takim razie, co sił w nogach i przynieś te miękkie aksamitne kapy leżące na łożu. Z tej sypialni sąsiadującej z moim pokojem i załaduj do karety. Salon seledynowy ten na dole blisko jadalni ma być posprzątany i jeszcze u góry, ta komnata z przeszklonym gankiem, wiesz, która?
- Tak wiem. Ale, po co panie?
Wrodzona złośliwość lubiła od czasu do czasu brać górę nad Wędrowcem.
-Jak to, po co? Chcesz przyjmować kobiety w brudzie? Wstydź się nieładnie z twojej strony to prawdziwe damy. Szczególnie ta wiekowa, co cię zainteresowała ma swoje wymagania chyba nie chcesz jej zawieść?
Młody asekuracyjnie i dość sprytnie wycofał się na względnie bezpieczną pozycję. I już wiedział, że nawet to może go nieuchronić przed dalszymi żartami Wędrowca. Obiecał sobie po raz setny, że następny raz zanim się odezwie ugryzie się w język.
-Nie, nie o to panie pytam... o kapy.
 -To nie pytaj się. Jak będziesz taki ciekawski to możesz kiedyś dostać manto. Zresztą dowiesz się jak wrócę. Aaa ten ogromny służący, co wywoził przytulanki króla, wrócił?
Miał przeczucie, że to jest właśnie człowiek, którego potrzebuje. Nie chodziło mu nawet o siłę tego mięśniaka. Był przekonany, że to nie jest zwykły służący, co więcej tak naprawdę nie był pewien czy aby to na pewno człowiek. Nie czuł jego obecności, nastrojów, myśli. Dziwne.
-Tak panie, szykuje karoce do wyjazdu.
-To dobrze, potrzebuję silnego chłopa, mój kręgosłup nie jest już taki jak kiedyś. Gdzie są moje psy? Bo zaczynam podejrzewać, że niecnie się ich pozbyłeś gdzieś w lesie.
-A nie panie nic im nie zrobiłem, męczą je teraz dzieciaki te od siostry Zazany.- Wiktor uśmiechnął się od ucha do ucha bardzo zadowolony z faktu, że nie tylko on polubił te kudłate stwory. Bo polubił je prawdziwie i już się martwił, że będzie mu ich brakować gdy Opiekun odejdzie. A co do tego nie miał wątpliwości odejdzie i to niedługo.
         Wędrowiec wsłuchał się w głosy na zewnątrz. Od strony ogrodu dobiegały radosne śmiechy i okrzyki. Dziecięce piski i przyjazne pomrukiwanie psów, wręcz sielankowy obraz. Najwidoczniej nie tylko on stęsknił się za towarzystwem innych ludzi, psy również.
        Jakoś lżej mu się zrobiło na duszy. Schody pokonał ledwie muskając stopami zimny marmur, Wiktor maszerował tuż za nim.
Zatrzymał się w holu odbierając dziwne wibracje. Ciepła struga powietrza falowała niczym wstążka, okręciła się wokół jego tułowia a potem popłynęła dalej. Pierwszy raz się spotkał z czymś takim, nie wyczuwał negatywnej, złej energii, więc nie przejął się zbyt mocno. Usłyszał głos zmarłej przed laty kobiety, teraz już nic nie mogło go zadziwić. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk poruszonego końskimi kopytami żwiru i stukot kół. 
-O jest kareta, fruwaj młody po narzutę, bo czas goni nas..
Dziwny wielki woźnica ubrany był w porządny kaftan ze srebrnymi okrągłymi guzami i zbyt
dobrze uszyte buty jak ma służącego. Dziwne ten człowiek nie pasował tu wcale a zarazem wydawał się nieodzownym elementem scenerii, dziwne to za mało powiedziane to jakiś ewenement. Chyba powinien zacząć się martwic albo, choć sprawdzić, co za dziwne istoty kręcą się w miejscach, do których trafia.
-Jak masz na imię silny człowieku?
Przed słowem człowieku zawahał się na ułamek sekundy. Olbrzym zauważył zmianę rytmu, zmarszczył nos.
-Karan panie.
-Jest delikatna sprawa, i chciałbym wiedzieć czy mogę liczyć na twoją pomoc...
Wędrowiec zaciął się zdziwiony, że wydanie polecenia nie przyszło mu z taką łatwością jak zazwyczaj i nie chodziło o gabaryty mężczyzny. Od małego był uczony, że jego słowo jest rozkazem. W jego życiu nie było miejsca na rozmowy ze zwykłymi ludźmi, służącymi a tym bardziej na prośby, miał być autorytetem. Tym, który zawsze wie lepiej.
-Jeśli tylko będę mógł. -Obce twarde nutki niepasujące do sytuacji i do pozycji służącego zagrały w głosie olbrzyma.
             Wędrowiec poczuł delikatne ostrzegawcze ukłucie. Stanowczo zbyt późno zadziałał do tej pory niezawodny system ostrzegawczy. Zresztą nie potrzebował dodatkowych bodźców by się zorientować, że z tym Karanem jest coś nie tak. Musi go rozgryźć za nim będzie za późno i sytuacja dla wszystkich stanie się niebezpieczna
-Akceptujesz inne rasy? – Spytał by wybadać teren
-Nie zabijam. Oblicze olbrzyma autentycznie się zachmurzyło, zupełnie jakby przesłoniła je gradowa chmura.  A w tej chmurze były gromy i błyskawice czekające na dogodny monet by się uwolnić.
-Hehe- zaśmiał się trochę sztucznie - i słusznie. Nie, raczej nie o to mi chodziło. Trzeba delikatnie przenieść pewną chorą kobietę, chcę żeby tu zamieszała. Da się zrobić?

         Służącemu w widoczny gołym okiem sposób ulżyło, ale w tej jego niepewności było coś więcej, drugie dno. Z wielkim skupieniem oczekiwał aż Wędrowiec skończy mówić. Tak jakby to, co powie mogło go boleśnie rozczarować. Oczekiwał czegoś, i nie liczył jak inni służący na drobne monety. To nie była postawa człowieka uzależnionego od innych. Analizując jego zachowanie Opiekun upewnił się w swoich podejrzeniach, że człowiek stojący przed nimi absolutnie nie jest służącym. Jego postawa, gesty zdradzały wysoką pozycję i tłumione przyzwyczajenie do podejmowania decyzji i wydawania rozkazów. Nie wiedział tylko w jakimś celu udaje kogoś, kim nie jest

niedziela, 13 kwietnia 2014

13.04 Wędrowiec, nauka czytania.




-Panie już późno, przyszła krawcowa- Wiktor stojąc na progu komnaty rozdarł się tak jakby dzieliły ich kilometry.
Nadgorliwość bywa męcząca, ale nie potrafił się na niego gniewać. Młody był i niedoświadczony, ale naprawdę się starał.
-Moment, muszę się doprowadzić do używalności.- Ostudził zapędy chłopaka.
Nic tutaj nie układało się tak jak powinno, nie odpowiadało rytmowi dnia, do którego był przyzwyczajony. Lubił porządkować swoją przestrzeń, a teraz poruszał się jak przypadkowo trafiona kulka chaotycznie i bez planu.
-Tak, panie śniadanie przynosić od razu?-Zaświergotał zadowolony chłopak. Wyrwanie Opiekuna z łóżka potraktował jak wyzwanie, teraz napawał się sukcesem.
-Wstrzymaj bóle zejdę do kuchni. Mimo wszystko jeszcze jestem sprawny, albo może i nie jestem. Chciałbym wierzyć w tej chwili, że starość to tylko stan umysłu.
       Niechętnie wygramolił się łóżka. Szybko opłukał twarz i zęby. Spoglądając na pościel solennie sobie obiecywał, że nigdy więcej nie będzie spał z psami. Śpieszył się wiedząc, że biedna kobiecina pewnie miała tysiąc innych lepszych zajęć niż czekanie pod jego drzwiami. Szanował czas innych, sam był niecierpliwy i czekanie było dla niego prawdziwą mordęgą.
-Proszę do środka jestem gotowy.
-Panie koszula i spodnie tak jak obiecane są gotowe.
Wydawała się młodsza niż wczoraj, radosna i pełna optymizmu. Z drugiej strony oczy miała przekrwione, zmęczone.
-Ja chyba jednak dam wiarę w te krasnoludki. Jak zdołałyście tego dokonać? Talent talentem, ale czas nie jest z gumy.
Ogólnie w powietrzu wisiało coś pozytywnego. Skojarzyło mu się ze słodką bezą. Wgryzł się w nią i Wiktor zadowolony, że polecił tak dobrą specjalistkę. I krawcowa, w której wskrzesił dawno zmarłą nadzieję na normalną przyszłość dla wnuczki. Tylko on nie potrafił, a miał taką ochotę. Całe życie biegał za tym słodkim puszystym ciastkiem by choć poznać jego smak. Albo jeszcze lepiej raz najeść się go do syta, tak do przesady do bólu brzucha.
-Synowa całą noc przy świeczce szyła, to jej pomagałam. Razem zawsze raźniej i robota lepiej idzie.-Była dumna z wrażenia, jakie zrobiło na Opiekunie tempo ich pracy. Zresztą była tak szczęśliwa, że nawet gdyby skrytykował szycie czy staranność kobiet to by tego nawet nie zauważyła.
-Moje panie, pośpiech jest wskazany, ale nie za każdą cenę! Aż tak śpieszyć się musicie. Te mankiety to arcydzieło- cmoknął z uznaniem- miałaś racje wielki talent ma ta twoja synowa. 
-Panie my i tak spać nie mogłyśmy po tym, co się wczoraj stało. To szkoda czas po próżnicy marnować. Gdy by nie ten wypadek, to nie musiałyśmy się martwić, co do garnka włożyć, a tak szkoda gadać,... i szkoda jej rąk, bo nie do zszywania starych szmat stworzone.
-Wracając do wydatków, starczyło na materiały?-Przyziemne sprawy to jego specjalność, oni zwykli ludzie mieli prawo gryźć swoją bezę i cieszyć się z życia. On musiał myśleć o konkretach. Szczerze mówiąc takiej pięknej koszuli to jak żył to jeszcze nie miał. Nie znał się na szyciu, ale bardzo mu się spodobało to, co zobaczył.
-Tak panie zaraz resztę oddam. Starczyło na materiały. Na drugie tyle by starczyło, a my robotę wykonamy za darmo boś tyle dla nas Panie zrobił!
-Nie ma mowy, resztę zachowaj, jako zapłatę za dobrą robotę. Takich koszul to nie nosi nawet ten wasz durny król Bonifacy. Jak się kiedyś wzbogacicie to może przez pamięć na mnie, pomożecie jakieś bidzie, kto wie. Wieczorem postaram się wpaść do was i sprawdzić jak tam mają się moje pacjentki.
-Dzięki panie, tyś taki dobry dla nas.-Wyszła kłaniając się teatralnie w pas. Nieszczęścia i bieda odcisnęły piętno na jej sylwetce, jednak jakaś niesamowita siła i strach o najbliższych dawały jej siłę do walki. Pomyślał, że była by w stanie skoczyć z pazurami do oczu całej bandzie opryszków, by bronić wnuczki. Zazdrościł jej tej siły i miłości do wnuczki. On swoją szansę stracił bardzo dawno temu, dla Hadwigi powinien walczyć z całym światem. Zasłonić ją własną piersią, chronić za każdą cenę i nie patrzeć na innych. Nic dziwnego, że męczyła go bezsenność i wyrzuty sumienia. Był zbyt zapatrzony w siebie by zrozumieć, co jest właściwe. Udawał mędrca a okazał się głupcem, zazdrościł tej starej kobiecie ona wiedziała, co jest ważne i warte wszelkich wyrzeczeń. Teraz musiał żyć z tym brzemieniem i nawet jeśli uratuje miliony innych kobiet nigdy nie zapomni o tym jak skrzywdził Hadwigę.
-Wiktorze umiesz czytać?- Spytał znienacka.
Udało mu się zupełnie zaskoczyć chłopaka, który stojąc w miarę nieruchomo przy drzwiach czekał na dalsze rozkazy. Nie spodziewał się takiego pytania. On był tu tylko na posługi, od bardziej wymagających zadań byli inni. Treść tego pytania niosła niebezpieczeństwo, którego nie był już w stanie uniknąć. Czuł jak obcęgi strachu zaciskają się na jego szyi.
-Ee panie ja tam z biednej jestem rodziny. U takich jak my się nie czyta. Ja panie w zamku nawet lokajem nie byłem tylko pomocnikiem, a i tak się wszyscy cieszą. Bo mam 15 lat i grosz mały, bo mały, ale przynoszę. Jak będę miał szczęście i ktoś się za mną wstawi może za parę lat awansuje, choć szanse marne mam raczej.- Wstydził się tej spowiedzi. Czuł się nagi, obdarty z resztek godności, intymności. Nie miało znaczenia, że jego położenie było oczywiste i wszystkim wiadome. Bolesne było to, że musiał opowiedzieć tu i teraz o biedzie i braku wszelakich perspektyw na przyszłość. Prawda do puki nieubrana w konkretne, bezlitośnie rzeczowe słowa bywa mniej bolesna.
-Właśnie tego się obawiałem. A chciałbyś się uczyć?
-Ja panie, ja???? Ale dlaczego?? Jak? – Zupełnie nierozumiał, do czego zmierzał Wędrowiec. Karuzela, na którą wepchnęło go zgoła niewinne pytanie wirowała tak szybko, że miał trudności z zebraniem myśli. 
-Widzisz to trochę skomplikowane, Opiekunowie tak naprawdę to wcale nie są tacy fajni kolesie jak się wszystkim wydaje. Patrzą na dobro ogółu jednostki nie liczą się dla nich wcale. Zawsze byłem odmieńcem i nie chciałem niszczyć ludzi, tylko, dlatego że ktoś nam wmówił, że jesteśmy lepsi. Oj nie lubili mnie za to koledzy po fachu nie lubili.
           To była jego trzecia samodzielna misja, brzemienna w skutkach. Wyruszyłby poprzeć pewnego wodza, ten człowiek miał poprowadzić swoich ludzi ku zwycięstwu. To zwycięstwo było korzystne dla całego regionu, miało wnieść dużo dobrych zmian w życie ludzi. Wszystko poszłoby tak jak było zaplanowano gdyby nie jedna sprawa. Po przybyciu zastał wodza w sytuacji, która nigdy nie powinna się wydarzyć, zaspakajał on swoje zboczone potrzeby kosztem dzieci zarówno chłopców jak i dziewczynek. Nie potrafił być obojętny skorygował swoje plany, co do przyszłości tego człowieka. Cały plan stał się nie ważny dla niego wódz przestał być wodzem, a stał się zwykłą gnidą która trzeba zdeptać. Ze znalezieniem godnego następcy nie miał problemu. Było upragnione zwycięstwo tylko człowiek inny. Po przybyciu do domu jeden z Opiekunów spoliczkował go za uleganie emocjom. Nieskończenie długo piekł go policzek, a w nim jak ropień rosła pogarda i żal. Wtedy był młody zbyt słaby i niepewny swych racji by zaprotestować i walczyć o swą godność. Aż do momentu, gdy znowu zawiódł radę. Tym razem oddał, był starszy doświadczony i świadomy swej siły. Żaden z dziewięciu pozostałych Opiekunów nie zdecydował się na konfrontację. Teraz to oni musieli zagryźć wargi i uznać przewagę młodego gniewnego. To było jedno z takich zwycięstw, co mają smak porażki. Wtedy też ich drogi definitywnie się rozeszły. Od tej pory niósł swe brzemię w samotności nie chciał mieć już nic wspólnego z innymi Opiekunami.
-Panie jak niszczyć? Dlaczego i co to ma wspólnego ze mną? -Wiktor przeraził się nie na żarty. Wychowano go w świadomości, że jest tylko prochem na ścieżce bogatych i wpływowych ludzi. Tacy jak on nie powinni rzucać się w oczy tylko przemykać po cichu jak cienie by nie ściągać na siebie kłopotów.
Wędrowcowi spodobało się, że chłopak wyłapał z jego wypowiedzi kierunek, w którym zmierzał. Lubił kontakt z ludźmi, którzy słuchają, co mówi a nie tylko kiwają głowami, że niby wszystko jasne jak słońce, a tak naprawdę nie mieli pojęcia, czego od nich chce. Był dziwakiem miał tego świadomość, nie znosił powtarzać aż do znudzenia słów, które powinny być łapane w locie.
-Jesteś u mnie na służbie. Nie ważne czy tego chciałeś czy nie, ale tam w zamku już cię nie przyjmą. Będą się bać, że przekabaciłem cię na szpiega. Według naszego kodeksu powinienem mieć to głęboko w ..... No sam wiesz gdzie i nie oglądać się na takie nic nieznaczące losy. Ale jakoś nie dawałaby mi spać myśl, że ty i panna kąpielowa umieracie w nędzy przez moją bezduszność i brak zainteresowania. Dlatego pomyślałem sobie, że musicie się uczyć i spróbuję was wcisnąć do jakiegoś cechu. Może znowu niepotrzebnie wyłamuję się przed szereg, ale w końcu błędy są po to by je popełniać. Nawet któryś tam raz z kolei.
Gdy on sam zastanawiał się jak optymalnie ułożyć plan dnia, chłopak westchnął ciężko i zmarszczył czoło myśląc intensywnie. To, co usłyszał było jak sen. Zdumiony zrozumiał, że właśnie zaproponowano mu to, o czym nie śmiał nawet marzyć. Nie zamierzał nawet zgadywać, jaką cenę będzie musiał za to zapłacić, bo nie łudził się, że dostanie coś za darmo.
-Nie ma pracy nie ma życia. Kiedyś patrzyłem jak pałacowy architekt piórkiem kreśli plany. Jak ja mu zazdrościłem tej biegłości, ale nawet marzyć nie śmiałem, że kiedyś poznam litery. Ty będziesz nas uczył Panie?
              Patrzył wtedy jak tamten rosły mężczyzna o długich ciemnych włosach splecionych na damską modłę w warkocz szybko stawia kreski. Był zafascynowany pierwszy raz widział jak powstaje projekt wydawało mu się, że to czary. Nie mógł oderwać wzroku od ręki mistrza stawiającej, co i rusz nowy znaczek. Dopiero mocne uderzenie w kark przypomniało mu o obowiązkach. Z wrażenia upuścił worek kapusty, o którym zapomniał zupełnie. Pomimo ciężaru, od którego pękały plecy. Zielone główki niczym ścięte głowy poturlały się lekkim spadem w stronę architekta.

Ten niespodziewanie oderwany od pracy postawił stopę wprost na kapuście, która zatrzymała się tuż przed jego butami. I jak gdyby nigdy nic wrócił do stawiania swoich kresek. Wtedy Wiktor pomyślał, że to musiała być najlepsza praca na świecie, ciekawsza od prawdziwego życia.

środa, 9 kwietnia 2014

09.04 Wędrowiec, łóżkowe dylematy.



-A on co z nim? Po co tu on?
Wiktor jako jedyny zdobył się na odwagę by zadać pytanie. Obcy nieobecny duchem mężczyzna kołysał się leciutko. Zgromadzeni w kuchni nie wiedzieli co myśleć o jego maślanych oczach.
Kucharka odzyskała kontakt z rzeczywistością i zajęła się ratowaniem smakowitej zawartości patelni.
-On to ma przechlapane. Zgwałcił moją znajomą i ja zamierzam go przykładnie ukarać. Ostry nóż mamy?
       Patelnia z hukiem walnęła o podłogę, a upieczone placuszki wraz ze smalcem wylądowały pod stołem.
         Opiekun nie zaważając na zamieszanie podszedł do blatu i wziął do ręki nóż z ciemnym drewnianym trzonkiem. Podrzucił go kilka razy w dłoni a potem obejrzał dokładnie ostrze.
-Gardło mu poderżniesz panie?
 Wiktor aż się zatrząsł z przerażenia.
-Kto tu mówi o zabijaniu? Dla niego mam całkiem inne, szalenie zatrważające atrakcje. Wykastruje zbyt jurnego pana a jutro z wieczora w dyby przed zamkiem pójdzie.
-Że co panie zrobisz?
 Wiktor zniesmaczony odsunął miskę z miło pachnącą polewką z przed nosa.
-Wydryluje go, normalnie wezwałbym specjalistę od wywałaszania koni, ale tu sam muszę zakasać rękawy. Rana do jutra ma się zagoić a boleć ma do końca życia jak przy zabiegu. To wymaga sprawności ręki i znajomości anatomii i …. zresztą nieważne.
-Panie, ale od tego oszaleć można, to już nie życie!
Wiktor wiedziony męską solidarnością próbował bronić skazańca, ale tak trochę rachitycznie, bez przekonania.
-Dwie z dziewcząt, które przeżyły jego subtelne zabawy zwariowały i błąkają się odrzucone przez wszystkich. Żyją jak dzikie zwierzęta wynędzniałe zjadając litościwe rzucone odpadki. Dla swoich rodzin umarły nikt nie poda im ręki nikt nie pomoże. Kilka się zabiło, a jeszcze więcej zarżnął własnymi wypielęgnowanymi rączętami, więc nie ma litości.
- On panie? A wcale nie wygląda wcale.
-Kto powiedział, że zło jest paskudne i odrażające, i ma mieć czerwone oczy wielgachne zęby i pazury? I odgryzać człowiekowi głowę jednym klapnięciem paszczy? No dobrze, to ja zajmę się tym, czym muszę. I naprawdę marzę, choć cię to pewnie zdziwi o tej cudnie pachnącej zupie. Głody jestem, chyba bardziej niż moje psy, choć nie wiem czy to możliwe. Da się zrobić?
Kucharka, która ze zgrozą patrzyła jak psy głośno mlaszcząc pochłaniają jej placuszki, ocknęła się i wróciła do garów. Lubiła jak coś się działo, ale nie koniecznie w jej kuchni. Wydała półgębkiem polecenia trzem podobnym do siebie jak krople wody dziewczynom.
-Tak panie. A z tamtym to, co zrobimy? Bo jakby uciekł to by nam coś zrobić mógł.
Wiktor nie był pewny czy trzymanie kogoś o tak ponurej sławie pod własnym dachem jest, aby dobrym pomysłem.
 -Niebezpiecznie go tu trzymać. Zdarzyć się może, że ktoś go ratować przyjdzie, przecież krwawych miał kamratów.
             Najwyraźniej reszta myślała tak samo, bo choć nie odważyli się nic powiedzieć, energicznie kiwali głowami dając do zrozumienia, że całkowicie zgadzają się z chłopakiem.
-Zamknę go w piwnicy. Możecie spać spokojnie sam nie wylezie, a jeśli ma was to uspokoić to dam specjalną pieczęć na drzwi. Jego kamraci zaś jak tylko się dowiedzą, że go mam, pierwsze, za co się wezmą to za ucieczkę. Na nic to, ich też dopadnę. Rodzeństwo jego ukochane zaś zbyt zajęte jest szarpaniem się o schedę po ojcu, nim głowy zawracać sobie nie będą.
        Wyszedł z kuchni a syn mistrza pokornie podreptał za nim. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi usłyszał jak milcząca do tej pory służba przekrzykuje się nawzajem robiąc straszny harmider.
           Z gwałcicielem poszło mu szybko, nie wyszedł jeszcze całkiem z wprawy. Trochę się bał, że jest teoria a gorzej z praktyką. Dobrze byłoby poinformować potencjalnych przestępców że bardzo sobie ceni kastrację jako formę kary za gwałt.  Może któryś się zastanowi mając tak wiele do stracenia, zanim zacznie chorą zabawę.
          Gorąca relaksująca kąpiel dobrze mu zrobiła. Rozmoczyła, rozmyła kontury prześladujących go demonów. Nie mogła ich przegonić, ale sprawiła, że nie były takie natrętne. Pozwoliła też zdystansować się do wcześniejszych wydarzeń. Ale jeszcze lepiej podziałała na niego ciepła kolacja.
          Gdy wrócił do kuchni krzątała się tam już tylko kucharka z jedną ze swoich pomocnic. Bez słowa podała mu gorącą jeszcze parującą zupę.
Jadł w milczeniu rozglądając po ścianach. W jednym z kątów suszyły się związane w pęczki różne rodzaje ziół. Na półce tuż obok, w szklanych naczyniach leżały listki o różnym kształcie i kolorze w innych większych ziarenka, suszone owoce i pączki kwiatów. Opiekun potrafił gotować jednak ten zbiór przypraw znacznie przewyższał jego wiedzę kulinarną, tłumaczył za to wyborny smak potraw.
Był zmęczony i senny, nie ociągał się, wstał chwaląc smak polewki. Nie przyzwyczajona do takiego zachowania jaśnie państwa kucharka zapłonęła czerwienią i z wrażenia nie wydukała nawet słowa. Zostawił ją taką oniemiałą i ruszył w stronę komnaty którą zajmował.
        Zamierzał mile rozgrzane kiszeczki szybko położyć spać, zanim dopadną go wątpliwości i rozterki. Jednak stało się prawie natychmiast jasne że łatwiej było zaplanować gorzej z wykonaniem.
Psy zajęły caluteńkie łóżko. I straszliwe były zadowolone z tego stanu rzeczy, on oczywiście dużo mniej.
Westchnął z rezygnacją. Chyba nigdy nie przyzwyczai się do tych ich niespodzianek, a nie ma w nim dość determinacji by zmienić ten stan rzeczy. Nie mówił tego głośno ale właśnie ta  niepokorność psów, ich indywidualizm tak bardzo go urzekały. Nie chodziło o to że są głupie wręcz przeciwnie wiedziały jak nagiąć rzeczywistość tak by było im wygodnie.
Dla zasady nie poddał się jednak tak całkiem bez walki i swoim zwyczajem zaczął się głośno użalać nad ciężkim losem.
-Człowiek tyra cały dzień jak głupi. Rozwiązuje światowe spiski, robi za felczera, załatwia mocno zakurzone sprawy. Mało tego kastruje zboczeńca i co go spotyka? No co? Cztery ciapki bezczelnie okupują jego wyrko. Coś trzeba z tym zrobić, chyba pójdziecie spać do piwnicy.
Tak jak się spodziewał odpowiedziały mu tylko znudzonym mruknięciem.
-No tak, jeszcze mi tu tylko trzeba pyskujących kundli. Myślałby kto że to takie słodkie niewinne istotki. Wszystkie kociambry w zamku, po waszych gościnnych występach dostały arytmii serca. No nic jutro trzeba przywlec tu jeszcze jedno łóżko. Zadowolony że znalazł sposób na rozwiązanie problemu z noclegiem wcisnął się pomiędzy psy.
         Nawet nie zorientował się kiedy odpłynął w słodki świat snów. Może zresztą nie taki słodki bolesne kuksańce w żebra i inne części  zmęczonego ciała, trochę psuły sielankowy nastrój. Musiał przyznać jednak szczerze że jego problemy z bezsennością zniknęły jak ręką odjął. Nie przewracał się godzinami z boku na bok coraz bardziej podenerwowany faktem że upragniony sen nie nadchodzi. Nie wstawał wyprowadzony daremnym oczekiwaniem na sen z równowagi by pospacerować. Nie potrzebował nawet naparu z ziółek na uspokojenie nerwów. Ogólnie mimo małych niedogodności sytuacja uległa znacznej poprawie.
            Noc wydawała  się być krótsza niż powinna. Być może dlatego że spychany i przygniatany przez psy usilnie musiał walczyć o swój kawałek łózka. Gdy w końcu udało mu się zapaść w głęboki przynoszący regenerację i przyjemność sen, obudziło go łomotanie. Ktoś dobijał się do drzwi.
-Co się dzieje koniec świata?
Spytał obolały, ale zadowolony, że jednak spał.

Psy gdzieś polazły to tłumaczyło, dlaczego zrobiło mu się nagle wygodnie. Same nie wyszły widocznie Wiktor odważył się uchylić drzwi a one korzystając z okazji poszły z nim na poranny spacerek. Dobrze, że chłopak był na tyle roztropny, że nie wszedł do komnaty, sieć zabezpieczeń zapoznałaby go z bolesną i niewygodną pułapką.