piątek, 17 lutego 2012

Psi ideał...

Tak sobie czytam wpis Martyny o sprzątaniu piwnicy, umieram ze śmiechu i myślę: ja już nic nie napiszę…

Bo:
Po pierwsze nie mam piwnicy. Więc nie mogę tam wpuścić Luny, żeby sprawdzić czy wyobraźnią i zapałem dorówna Koliemu. O świetnym zdjęciu dowodowym nie wspominając.

A po drugie… Luna mi zgrzeczniała…! Jak na złość. Anioł nie pies. Już nawet w domu bezprawnie przetrzymuję (choć nie bez powodu: mam anginę. Wiem, wiem, skoro ja choruję, to dlaczego Luna nie chodzi… Ona też się o to pyta. No bo tak i już. Samej przecież nie puszczę, a mąż ostatnio w pracy się zagubił i wciąż na liście zaginionych…) i nic. Po prostu grzeczna.

Po ogrodzie się wyhasa, kolejne wiaderko skądś wywlecze, pogryzie, połamie, na swojej „kupce skarbów” resztki zabunkruje… trochę Raptorowi podokucza, z jakiejś „porzuconej” szklanki, którą na sekundę na ławie postawię sok podpije, kapcie mi pochowa, a potem dzielnie mi towarzyszy i razem ze mną zagląda pod każde łóżko. Z miną niewiniątka. Że niby ona ABSOLUTNIE NIE WIE GDZIE TE KAPCIE SAME SIĘ SCHOWAŁY…

Zrzuci tonę sierści wprost na świeżutkie pączki, dopiero co na tłusty czwartek zakupione. Żeby nie dało się zjeść! Bo wtedy będzie je trzeba dać psom… A gdybyśmy je jednak zamierzali zjeść z tą sierścią, to żebyśmy wiedzieli, że lepiej nie. Bo POLIZANE! na naszych oczach oczywiście, żeby żadnych wątpliwości nie było, co z nimi należy zrobić teraz...

Podyskutuje ze spikerką w czasie wiadomości, zagłuszając to, co właśnie chciałam usłyszeć o mojej emeryturze... A co tam, nie ważne! Przecież jej to nie dotyczy...  Wyżebrze dwie marchewki podstępnie wmawiając mężowi, że ode mnie żadnej nie dostała… A trzecią Raptorowi ukradnie…

Pocałuje mnie w same usta, kiedy śpię i nie mogę się bronić. O szóstej rano zacznie się drapać i iskać z takim zapałem, że umarłego z łóżka wywlecze... W zmowie z zaginionym mężem, obgryzie guziki z mojego ulubionego, starego swetra, żeby już nie dało się niczym usprawiedliwić jego istnienia… Niby niechcący kołdrę ze mnie zwlecze, ucieknie z nią do garażu i pod samochód schowa, tak żebym ja już z tą kołdrą do łóżka nie wróciła, tylko musiała do pralki wrzucić, a sama do ogrodu grać w piłkę… z nią oczywiście... jak już się wyspałam...

Tabletki na gardło ze stolika nocnego rąbnie ale tak, żebym widziała, bo wie, że będę za nią z migdałkami jak jabłka i zatokami wypełnionymi wrzącym ołowiem, w górę i w dół po całym domu gonić… I tak przez godzinę… Aż ona się zmęczy i da się złapać…No muszę, bo przecież jak zeżre te tabletki to jeszcze „bardziej pobudzona” się stanie…

Worek ze zużytym żwirkiem po sprzątaniu kociej kuwety do łóżka mi zaniesie, żebym już na drugi raz pamiętała, że to się wyrzuca…

„Zniknie” mi jajecznicę, którą zostawię na stole i pójdę po herbatę. A kiedy pytam co tu się wydarzyło, to oko niebieskie ze zdziwienia okrągleje, a oko żółte mówi: „Sztuczka taka była. I jajecznicy nie ma! Nie wkurzaj się tylko, przecież widzisz, że nie wiem gdzie się podziała. Ale była PYCHA!

Nowych komend się też błyskawicznie uczy, aż mnie w osłupienie wprawia! Ostatnio przyswojone zostały komendy następujące:

Przełącz na wiadomości” – na tą komendę Luna i Raptor zaczynają się bić i podgryzać dokładnie na linii wzroku człowiek-telewizor.

Doktor House jest” – reakcja dokładnie jak wyżej.

Chodźcie na obiad” – komenda jest pozornie skierowana do ludzi, ale psy ją świetnie przyswoiły. Budzą się wtedy z najgłębszego snu żeby się na wyścigi zabunkrować pod stołem, zanim my do obiadu zasiądziemy… Co zwykle kończy się bijatyką. Nasza wina bo stół kupiliśmy za mały i dwa malamuty się na raz nie mieszczą.

Powieś pranie” – ta komenda z kolei jest lepiej rozpoznawana przez Lunę niż przez mojego męża. Na jej dźwięk Luna biegnie pod drzwi górnej łazienki w nadziei, że się jakoś niepostrzeżenie między nogami do środka przemyci i zdąży zjeść z kociej miski tyle ile jest w stanie udźwignąć. Zanim ją wyprosimy.

Zgarnij psy z ogrodu” – to zadziwiające jak ona to słyszy przez zamknięte drzwi z końca ogrodu, ale słyszy. I po tej komendzie przez godzinę bawi się z nami w chowanego. A ja mam anginę!

Ostatnią rolkę papieru toaletowego biorę. Nie zapomnij kupić jak będziesz w sklepie” – wiem, wiem... Długa komenda. Ale Luna to wyjątkowy pies jest, bo takie długie też przyswaja. Niektóre przynajmniej... Ta akurat służy do rozpoznania sytuacji, kiedy najbardziej się opłaca na naszych oczach dokonać włamu do łazienki i z kradzioną rolką w zębach zwiewać po całym domu. Na pewno gonić będziemy!

Popilnuj mi kanapki, idę po herbatę” – to wiadomo. Luna myśli, że to do niej. I zawsze z ochotą rzuca wszystko i idzie pilnować. A wiadomo gdzie kanapka będzie bardzo bezpieczna. Tak bezpieczna, że nikt już jej nie zabierze…

I takie tam… Sami powiedzcie... Nie ma o czym pisać...

5 komentarzy:

  1. Kilka dni temu trafiłam na tego bloga, jest fantastyczny ... :) na pewno będę często zaglądała.

    OdpowiedzUsuń
  2. wiadomo, w Lunie:)
    Zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za miłe słowa i życzenia zdrowia. Zapraszam do czytania, mam nadzieję, że sprostam jakoś wysokim wymaganiom :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Asiu pisz, pisz bo o Lunie zawsze jest co pisać ;)
    Masz kapitalny zmysł obserwacji i lekkość słowa, więc pisz póki Lunkę masz :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pchełka, u Asi już Lunki nie ma, jest w swoim nowym domku:)

    OdpowiedzUsuń